Gregorian w Warszawie
A
A
A
2009-11-13, Sala Kongresowa - Warszawa
Gregorianie poszczą tortem bezowym -
(2009-11-14)
Formacja Gregorian pełni bardzo ważną rolę w muzycznym ekosystemie. Stara się uczyć tolerancji i otwartości na różne gatunki muzyczne.
Oczywiście, biorąc powyższe twierdzenie śmiertelnie poważnie, trzeba pamiętać o kompletnej bezużyteczności produktu finalnego, czyli "chorałów" gregoriańskich. Nawet najbardziej ekscytujące, oryginalne kompozycje, dla potrzeb Gregoriana zostają pozbawione wszystkiego, co mogłoby słuchaczem wstrząsnąć, czy sprowokować go do jakiejkolwiek głębszej refleksji.
To boli, bo zespół nie ogranicza się tylko do przerabiania popowej konfekcji, ale sprowadza też perły rockowej klasyki do poziomu muzaka. Po godzinie koncertu, czy – jak chcą sami artyści – spektaklu, czuję się jak zamknięty w windzie. Najczęściej tam możemy usłyszeć muzykę, która ma sobie brzęczeć, a nam nie przeszkadzać.
Choć trzeba oddać Gregorianom, że starają się robić wszystko, żeby swoich sympatyków nie zanudzić. Twardo obstają przy formule przedstawienia z antraktem i całą otoczką sugerującą, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż pomysłowo przerobionymi piosenkami innych artystów. Na spektakl, poza muzyką, składają się nieśpieszne układy choreograficzne; jak podnoszenie zakapturzonych głów, i opuszczanie ich. Stąpanie ławą w ośmiu, i kroczenie czwórkami naprzeciw siebie. Robienie kółka graniastego, w slow motion. Czy unoszenie latarni do twarzy, i dostojne opuszczanie ich na wysokość pasa. W drugiej części, dające nikłe światełko, latarki z dwiema świeczuszkami zastąpiły pochodnie.
Pobudzały też sprawnie działające światła z ramp, a nawet lasery, dla odróżnienia od czerwonych wskaźników ochrony, zielone i jeszcze bardziej intensywne. Scena przez większą część występu spowita była dymem, a na ścianie za instrumentami w niektórych utworach migotały dziesiątki białych diod.
A co z tą nauką tolerancji? Otóż Gregorian swoimi transkrypcjami zmusza (co wrażliwszych i bardziej dociekliwych) do sięgnięcia po oryginały. A ponieważ opracował dzieła tak różne, jak "Brothers In Arms" Dire Straits, "Be" Neila Diamonda, czy "Hurt" Nine Inch Nails, to prowokuje do otwarcia się tak na poprockową balladę, jak i folk, czy industrial. Pytanie tylko, ilu takich poszukujących było na tym koncercie.
W przerwie, przed którą usłyszeliśmy m.in. "Stairway To Heaven" Led Zeppelin, "Angels" Robbiego Williamsa, "With Or Without You" U2, czy "Wish You Were Here" Pink Floyd, można było nakarmić zmysły, kupując najnowszą płytę Gregorian za sto złotych. A także ciało, aplikując sobie "postny" tort bezowy z kremem. Nie wiem, skąd akurat taka przekąska na takim koncercie, ale może lepiej, że w foyer Sali Kongresowej nie serwowano dań bliższych gregoriańskiej tradycji, jak tarta rzepa, czy kasza gryczana z omastą.
W ramach podnoszenia adrenaliny u publiczności braciszkowie (co zabawne, sami o sobie tak właśnie mówią: "Jak już powiedział brat Ryszard, to nasz powrót do Polski po dziesięciu latach...") zaskakują takimi elementami show, jak dodatkowe bębny w "Stairway To Heaven", niewiasta grająca na flecie poprzecznym, czy apetyczna siostrzyczka Violet (czyli Amelia Brightman, w cywilu także siostra, ale Sary Brightman) pomagająca śpiewać Gregorianom w "Join Me In Death" zespołu H.I.M.
Jak na niezobowiązującą rozrywkę w stylu "Jaka to piosenka w siedmiotonowej skali modalnej" koncert Gregorian nadaje się wyśmienicie. Gorzej, że skupione oblicza słuchających narkotycznych wizji Roberta Planta, śpiewanych podniosłym głosem przez ośmiu facetów w atłasowych szlafrokach, świadczyły o tym, że część publiczności wybrała show w Sali Kongresowej zamiast pójścia do kościoła...
Zbigniew Zegler