Dla wielu Polaków słowo Isis nieodwracalnie stało się synonimem mięsistych ust i lśniącej blond fryzury. Muzycy amerykańskiej formacji, którym daleko do tego plastikowego ideału piękna, mimo wszystko przysporzyli zebranym w warszawskiej Proximie więcej emocji, niż widok radośnie falujących piersi.
ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU
Tłum, który zgromadził się w stołecznym klubie 10 listopada to kolejny dowód na to, że muzyka spod znaku wszelkich wariacji z przedrostkiem post- w tytule cieszy się w Polsce dużym powodzeniem. Jeśli chodzi o inne: zajrzyjcie do relacji z Asymmetry Festival, lub spróbujcie wyszukać w naszym serwisie hasło „Tides From Nebula”. Frekwencja zaskoczyła nie tylko organizatorów, ale również dwie pary rąk, które próbowały zażegnać kolejkowy kryzys w szatni. Ponadto, tego wieczoru nadgorliwość miała wieść prym nad punktualnością. Wszyscy, którzy zaufali informacji podanej na bilecie i stawili się w klubie o godzinie 20:00 z nadzieją zobaczenia pierwszego z dwóch suportów, spotkali się z niemiłym rozczarowaniem. Koncert zaczął się, kiedy wtorkowa dobranocka rozkręcała się na dobre – około 19:15.
Najpierw na scenie pojawił się Mamiffer. W skład projektu wchodzi lider Isis - Aaron Tuner, oraz pianistka Faith Collocia. Na scenie towarzyszył im perkusista Travis Rommereim. Swoje pół godziny muzycy wypełnili toczącymi się powoli kompozycjami, wypełnionymi wybrzmiewającymi dźwiękami gitary, szurającym po bębnach w części utworów łańcuchem i plamami klawiszy. Tym, którzy w klubie pojawili się punktualnie pozostało odżałować przegapiony suport i pobujać się w kolejce do szatni przy hiphopowych rytmach serwowanych ze sceny przez duet Dälek.
Potem przyszedł czas na gwiazdę wieczoru i ewakuację fanów ze sklepu koncertowego. Występ Isis rozpoczął się od „Hall Of The Dead” – kawałka otwierającego najnowsze wydawnictwo zespołu „Wavering Radiant”. Setlista opierała się głównie na utworach z tego albumu. Mieliśmy okazję przekonać się, jak na żywo sprawdzają się „Ghost Key”, „20 Minutes/ 40 Years”, czy „Hand Of The Host”. Muzycy zaprezentowali też próbki ze swoich wcześniejszych krążków, m.in. „Wills Dissolve” z „Panopticon”, czy zagranych w ramach bisów utworów „Carry” („Oceanic”) i „Dulicinea” ( „In The Absence of Truth”).
Występowi Amerykanów nie można odmówić niepowtarzalnego klimatu. Było ciężko i mrocznie. Jak potężna potrafi być muzyka Isis najlepiej dało się odczuć, kiedy na jakiś czas uspokajała się dźwiękowa nawałnica, by po chwili uderzyć z jeszcze większą energią. Było również głośno, ale w nieznośnym znaczeniu tego słowa. Dźwięk nieprzyjemnie zlewał się w jedną gęstą papkę, a co po niektórzy pewnie jeszcze teraz z lekko nadwyrężonym ośrodkiem słuchowym słusznie domagają się zemsty na szalonym dźwiękowcu.
Choć do publicznego linczu pewnie nigdy nie dojdzie, wtorkowy koncert Isis do porażek na pewno nie należy. Chłopaków z radością powitalibyśmy w naszym kraju jeszcze raz. Mogliby wtedy zagrać w miejscu, które nie dorobiło się etykietki najgorzej nagłośnionego klubu stolicy.
(K.Wanat)