szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

27 MajaNasze relacje

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Riverside w Warszawie

  A A A
 
Mówią, że w Warszawie słabo się gra - (2009-10-19)

Dwudziesty koncert trasy Anno Domini High Definition 2009 to "domowy" występ na zakończenie jej polskiej części. Za tydzień Riverside będą już w Holandii. Tymczasem przyjrzyjmy się godnemu pożegnaniu z ojczyzną.





Po przeoczonym występie Iluzjonu i zdecydowanie uważniej wysłuchanym Disperse, który łatwo przedarł się do świadomości ze swoim udanym, żywiołowym graniem (jak na progresywno-free jazzowe rejony) przyszła pora na atrakcję wieczoru. Podczas tej trasy sformułowanie „atrakcja” jest wielce adekwatnym do tego, co prezentuje na scenie Riverside. A tego wieczora było też odmieniane przez przypadki ze względu na szykowane atrakcje właśnie na zwieńczenie tegorocznych wojaży po Polsce.

Pierwsza niespodzianka, to żywa sekcja dęta (ta sama, co na płycie: Rafał Gańko na trąbce, Karol Gołowacz – saksofon i Adam Kłosiński na puzonie) w "Egoist Hedonist" plus solo na saksofonie, żeby nie było, że przyszli na dwadzieścia sekund;)) Publiczność przyjęła ten performance ogłuszającą owacją. Jednak zanim to się stało, zespół przez niemal godzinę hipnotyzował starszymi utworami dobre 700 osób publiczności zgromadzonej w Progresji.

Niewiele po 21:00, pięknie swingujący do tej pory Frank Sinatra nagle zwolnił, rozjechał się zaciął, i przeszedł w kosmiczne intro, początkowo z komputera, później podchwycone przez przybyłych już na scenę Michała Łapaja i Mariusza Dudę. Do których dołączyli także Piotrowie, Kozieradzki i Grudziński. Z powitalnej improwizacji wyłonił się jeden z najbardziej rozpoznawalnych gitarowych motywów w repertuarze Riverside – „02 Panic Room”. Co oznaczało, że na utwory z nowego krążka przyjdzie nam trochę poczekać. OK., pomyślałem, jeśli oczekiwaniu będzie towarzyszyła taka muzyka, to czemu nie. Przed pierwszymi taktami „Hyperactive”, otwierającego „Anno Domini High Definition” usłyszeliśmy jeszcze ponad pół godziny muzyki, na które złożyło się powłóczyste „Second Life Syndrome” z wkomponowanym weń „Schizophrenic Prayer”, oraz „The Same River” i „In Two Minds”, w którym Duda zamienił bas na pudło.

Wszystko to działo się w imponującej scenerii. Składał się na nią głównie spektakl świetlny, wyczarowany z LED-owych projektorów, umieszczonych na łukowej rampie ustawionej nad zestawem perkusyjnym Mittloffa, oraz lamp porozwieszanych wszędzie wokół sceny. Standy z fragmentami grafiki z ostatniego albumu, wkomponowane w czerwone światło z końca sali, wzmacniały jeszcze ten dobry efekt.

Zgodnie z zapowiedzią Mariusza, konferansjerki było niewiele, za to – również zgodnie z założeniami Dudy – publiczność reagowała fantastycznie. W pewnym momencie wręcz nadspodziewanie dobrze, bo gdy basista i wokalista przypuszczał, że może liczyć na wspólne śpiewanie, przerwało mu gromkie „Stooooo laaaaat”. Rozbawiony tą hiperaktywnością, dokończył, że spodziewa się tego za paręnaście minut i raczej w trakcie utworu, który mieli zagrać. Podczas kolejnej przerwy, kiedy jego głos ledwie przedzierał się przez oklaski i skandowane miarowo „Riverside!”, zauważył „A mówią, że w Warszawie słabo się gra, bo publika nie reaguje…”

Na wstępie wspomniałem o dwóch niespodziankach ostatniego tegorocznego polskiego koncertu Riverside. Po pierwszej, w postaci dęciaków z Lao Che, drugie zaskoczenie nastąpiło wraz z pierwszym bisem... Dość szybko po zejściu ze sceny zespół dał się wywołać stolatującej publiczności. Wyszli i zagrali. Tylko jacyś tacy inni... Okazało się, że oryginalnych muzyków zastąpili ich techniczni i przyjaciele. Na gitarze Paffka, na klawiszach Chlasti (w cywilu wokalista warszawskiego Centuriona), na bębnach Hator (ex- Ametria), a na basie i wokalu kolega Wieloryb. Powrót prawdziwego Riverside też był spektakularny, bo Grudzień grał w czapce z amiszową brodą, a Michał z wąchami i w przeciwsłonecznych okularach, co upodobniło go do innego sławnego klawiszowa, Sławomira Łosowskiego.Tylko z włosami. Trochę ich emploi nie korelowało z refleksyjnością ballady „Stuck Between”, zagranej po raz pierwszy w Warszawie, z dedykacją „dla Jędrka”. Ale absolutnie się nie czepiam, bo należy docenić autoironię i dobre samopoczucie muzyków. Do którego, jak najbardziej mieli prawo, bo ten koncert był bardzo udanym przypieczętowaniem ich triumfalnego przemarszu przez Polskę.

(Zbigniew Zegler)
oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: 0 [0]
~Kasia [2009-10-20 18:31]

Riverside
Byłam, słuchałam, odpływałam. Byli genialni!

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź