szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

27 MajaNasze relacje

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Knock Out Festival

  A A A
 
Plusy dodatnie i plusy ujemne - dzień drugi - (2009-07-14)

Drugi dzień należał do trzech klasowych wymiataczy zamykających Knock Out Fest. W zależności od upodobań, po niedzielnych koncertach, reprezentanci publiczności zachwycali się Szwedami z Meshuggah, wariatami z The Dilllinger Escape Plan, albo thrash metalową legendą – Testamentem.





ZOBACZ FOTORELACJĘ Z IMPREZY


Była też polska czołówka „zwierzaków koncertowych” – Horrorscope i Frontside. Pierwsi – śląscy thrasherzy – idealnie sprawdzili się jako rozgrzewacze w dniu, który miał się zakończyć występem Testamentu. Zagrali z właściwym sobie zaangażowaniem i na – jak zwykle – wysokim poziomie technicznym.

Frontside kolejny raz udowodnili zaś, że ich poslka wersja metalcore’a to jego twórcze rozwinięcie, a nie próba kopiowania amerykańskich, czy niemieckich wzorców. Zagrali m.in. owacyjnie przyjęty „Zapalnik” z najnowszej płyty, „Wspomnienia jak Relikwie”, czy „Moja Deklaracja Płonie”. Auman doskonale zarządzał publicznością, schodząc ze sceny co kilka kawałków, co oczywiście nie przeszkadzało mu we wzorcowym wywiązywaniu się ze swoich podstawowych zadań. Bez większego trudu radził sobie z ryczanymi, jak i śpiewanymi partiami wokalnymi. Choć po koncercie Demon narzekał na problemy z wzmacniaczem (zażegnane), to większość koncertu zagrał bezproblemowo, a jego specyficzne machanie głową z wywalonym językiem inspirowało wielu fanów pod sceną, którzy naśladowali te ruchy w rytm riffów, wygrywanych przez niego i Darona.

Możliwość porównania polskiej i duńskiej szkoły metalcore nadarzyła się kilkanaście minut po zejściu ze sceny Frontside, kiedy zainstalował się na niej do niedawna thrash-deathowy Hatesphere, z wokalistą, Jollerem, przyodzianym w koszulkę polskiej reprezentacji piłkarskiej. Nie umiem powiedzieć, czego konkretnie zabrakło w ich występie, ale nie zasłużyli tym koncertem, żeby wymieniać ich obok VoiVod, Dillinger Escape Plan, czy Meshuggah. Choć wszyscy robili swoje w skupieniu, nie wyłączając gitarzysty, Jakoba. Zajmujący miejsce z lewej strony sceny, założyciel i jedyny muzyk łączący stare i nowe Hatesphere, gitarzysta Peter Hansen, zagrał wiele mięsistych motywów we właściwie obłąkańczym tempie. Jednak ani to, ani miły gest wokalisty i basisty, także w koszulce z orzełkiem na piersiach, nie wprawiały w jakiś szczególny zachwyt. Inna sprawa, że nie przeszkadzały też w bezustannym pogowaniu grupce kilkunastu chłopaków, którzy bawili się z takim zapałem, że aż się linoleum na podłodze marszczyło.

The Dillinger Escape Plan. Z niezmiennie, nadludzko sprawnym gitarzystą i założycielem grupy – Benjaminem Weinmanem, któremu próbuje dotrzymywać kroku Jeff Tuttle, razem z wokalistą, Gregiem Puciato zaczęli nie od trzęsienia ziemi, tylko od zdetonowania bomby atomowej. „Panasonic Youth” wycharczane przez Grega po uprzejmym „Good Evening” musiało wprawić w osłupienie wszystkich, którzy na co dzień nie widują fruwających gitarzystów, grających partie, którymi mogliby się popisywac jacyś Vaie, czy Bucketheadzi. Ben od samego początku, grając połamane, jadowite motywy „Fix Your Face”, czy „Baby's First Coffin” próbował udowodnić, że grawitacja to wymysł ciemnogrodzian. Hala Wisły wypełniona po części ciekawskimi, którzy po prostu lubią patrzeć na niesamowite widowisko, jakim jest koncert DEP, jak i fanami, którzy z dziką radością przyjęli pierwsze takty przebojowego „Milk Lizard”, przez godzinę ich występu pękała w szwach. Każdą przerwę między utworami wypełniało gromkie skandowanie nazwy zespołu. A podczas grania trudno było wydusić z siebie cokolwiek, widząc Bena (w koszulce Brutal Truth) zwisającego z rusztowania z nagłosnieniem, skaczącego, czy odpoczywającego na ramieniu Grega.

Amerykanie zagrali szczególny koncert, niejako w podzięce za reakcję publiczności podczas wszystkich dotychczasowych ich sztuk w Polsce. Stąd też nieczęsto grany na żywo „Dead As History”, czy „Come To Daddy” z repertuaru Aphex Twin, nagrany na początku wieku przez DEP z Mike’iem Patton’em. Radość z grania tych rzeczy manfestowali, jak na siebie, zwyczajnie – fruwając. Liam Wilson, głos rozsądku i najbardziej opanowany członek Dillingera, trzymał w rytmicznych ryzach wszystkie kompozycje wraz z nowym perkusistą, Billy’m Rymer’em, który jednak wydaje się jeszcze bardziej wściekły, niż Gil Sharone, z którym zespół grał u nas w ubiegłym roku.

oceń
0
0
Podziel się

najnowsze

obrazek

Plusy dodatnie i plusy ujemne - dzień pierwszy

2009-07-14

Pierwszą edycję metalowego Knock Out Festu uświetniły koncerty uznanych kapel, jak Apocalyptica (headliner pierwszego dnia), sensacja w postaci rzadko u nas grającego kanadyjskiego VoiVod, czy reaktywowany niedawno Cynic. Trochę nie przystawała...

więcej »

  • Skomentuj
  • WP.PL

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!