Poniedziałek 15 czerwca rozpieszczał nas od rana. Słonecznej pogody mógł pozazdrościć każdy, kto kilka dni wcześniej zdecydował się na kultywowanie świeckiej tradycji sztucznego tworzenia wydłużonych weekendów.
Wieczór natomiast upłynął pod znakiem koncertu Matthew Herberta i jego Big Bandu i jeśli ktoś z zebranych pod odrestaurowanym sklepieniem Arkad Kubickiego z przyzwyczajenia zbudził się tego dnia z tekstem piosenki „I Don’t Like Mondays” na ustach w trakcie występu pokutował gryząc się w język. Jeśli tak było – szkoda, że Matthew tego nie słyszał. Na pewno z radością przemiksowałby ten dźwięk…
Wieczór miał rozpocząć występ formacji June. Absurdalne wytłumaczenie, że póki mamy czerwiec zespół ten sprawdzi się jako support przed każdą inną formacją wydawało się mało błyskotliwe i satysfakcjonujące. Dostrzeżone wśród publiczności sylwetki Gaby Kulki, Natalii Kukulskiej i Wojtka Mazolewskiego wywołały naturalne skojarzenie – dwójka z tych trzech muzyków mogłaby z powodzeniem wskoczyć wraz ze swoim zespołem na scenę. Wtedy zjawił się June. Członkowie zespołu są zdecydowanie fanami muzyki różnej i różnoraka muzyka dochodzi do głosu w ich twórczości. Od soulu po contry. Zespół został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność, która oklaskami dziękowała za każdy kolejny utwór i za zejście ze sceny.
Po krótkiej przerwie technicznej naszym oczom ukazał się zespół przyodziany w garnitury i inne stroje utrzymane w ciemnej tonacji. Tuż po wyjściu dyrygenta brawurowym wślizgiem wtargnął na scenę sam Matthew Herbert. Muzyk oddawał się radosnym wygibasom za swoją aparaturą ustawioną po lewej stronie sceny. Po prawej – z delikatnie większym wdziękiem przyprawionym o grację wiła się srebrnousta (dosłownie) Eska Mtungwazi. Kiedy nie czarowała publiczności swoim niebywałym wokalem, zalotnie trzepotała rzęsami strojąc przy tym anielskie miny.
Koncert zorganizowano – jak już to było wspomniane – w jeszcze pachnących świeżością Arkadach Kubickiego. Miejsce, które swoim klimatem potęgowało odbiór zaserwowanego przez Matthew Herberta performance’u miało jeden mankament – było zbyt wąskie. Ciężko było uniknąć klaustrofobicznego wrażenia podobnego do tego, kiedy stojąc na początku tłocznego korytarza w pociągu staramy się wypatrzyć drugi koniec. A podczas poniedziałkowego występu było czego wypatrywać…
Herbert znakomicie wykorzystuje wolność jaką dają mu występy na żywo. Chociaż nie mógł upchnąć na scenie setki ludzi, którzy na naszych oczach wydobyliby dźwięk z plastikowych butelek (usłyszeliśmy go podczas wstępu do kawałka „Breathe”), pokazał ile muzyki może drzemać w gazecie codziennej. Na oczach zebranych zamienił „Gazetę Polską” w drobne konfetti. Cały zespół również nie próżnował drąc papier i dając tym samym pożywkę dla aparatury Herberta. Eska natomiast wymachiwała równo porwanymi paskami niczym wytrawna marżonetka podczas kawałka „The Yessness”.
Przy pomocy samplera muzyk na bieżąco improwizował z dźwiękami generowanymi przez grupę, zapętlał wokal Eski, bawił się imionami poszczególnych muzyków tuż po tym jak zostali brawurowo przedstawieni przez jednego z członków zespołu. Prezentację rozpoczął nienagannym i szalenie szarmanckim flirtem z publicznością – „Dzień dobry! Jak się masz?”.
Herbert i jego świta oklaskiwani wracali na scenę dwukrotnie. Podczas pierwszego bisu muzyk wykorzystał głos wydobyty z gardeł zgromadzonej publiczności. „10 punktów na 10 dla pana z pierwszego rzędu” – podsumował wokalne umiejętności naszego rodaka. Gdy kończył się ostatni już jak się miało okazać utwór tego wieczoru Matthew zaczął wyprowadzać kolejnych muzyków. Na końcu zniknął i on pozostawiając samotną Eskę. Kiedy jej wokal wybrzmiał pod sklepieniem Arkad, pożegnania brawami i radosnymi okrzykami zeszła ze sceny.
(txt Wania)