Zanim machina AC/DC rozpędziła się na dobre, Angus w jednym z wywiadów powiedział, że "będzie szczał na ludzi jeśli będzie taka potrzeba". Na koncercie, który odbył się 17 marca w Pradze, publiczność nie potrzebowała "złotego deszczu" ze sceny, aby oddać się rock'n'rollowemu szaleństwu.
ZOBACZ GALERIĘ Z TRASY BLACK ICE TOUR
Podczas, gdy codzienna egzystencja w Czechach na każdym kroku daje nam powody do szyderczego śmiechu; kiedy kupujemy bilet (tamtejszy lístek), pożywnego hot-doga (párek v rohliku) czy nawet płacąc słony mandat (pořádná pokuta) to hala O2, w której odbył się koncert, źródłem żarcików być nie może. Nowoczesnego obiektu, który jest w stanie przygarnąć 18 000 dusz łaknących emocji związanych czy to z muzycznym występem gwiazd światowego formatu, czy ze spoconymi mężczyznami ślizgającymi się na lodzie za czarnym krążkiem, możemy jedynie pozazdrościć. Zastanawialiście się dlaczego AC/DC nie zrobili przystanku w Polsce podczas swojej trasy po koncertowych halach, chociaż byli tak blisko? Mówiąc brutalnie: bo nie mieliby, gdzie zagrać.
Na godzinę przed planowanym otwarciem bram przed halą zdążył zebrać się spory tłum fanów. Tu i ówdzie powiewały biało czerwone flagi, a język czeski mieszał się z polskim. Tłum rozgrzewał się pogwizdując, wykrzykując nazwę zespołu i oddając się radosnym przyśpiewkom (m.in. „Szła dzieweczka do laseczka”). Nie mam pojęcia jakie dodatkowe techniki podnoszenia temperatury własnego ciała stosowały pojedyncze jednostki, które przy temperaturze (na wyczucie) 10 stopni i nieprzyjemnym wietrze czekały w krótkich spodenkach a’la Angus. Całkiem sprawne (mając na uwadze pokaźny tłum i doświadczenia z kolejkami przed polskimi klubami) wpuszczanie przybyłych rozpoczęło się z minimalnym poślizgiem. Najpierw przejście przez bramki reagujące na metal (nie ten, który w sercu gra ;), potem szybkie sprawdzenie wykrywaczem obiektów niebezpiecznych , czytnik biletów i jesteśmy we wnętrzu przypominającym terminal lotniska. Uśmiechnięta – i zupełnie nieświadoma wydarzeń, jakie staną się jej udziałem tego wieczoru - pani z szatni odbiera od nas kurtki.
W pierwszej kolejności na scenie z wybiegiem miała zaprezentować się irlandzka grupa The Answer. Kapela, która rozpoczęła swoją działalność w 2000 roku, jest świeżo po premierze albumu „Everyday Demons”. Muzycznie zespół sięga do hard rockowych tradycji z lat siedemdziesiątych - w opisie kapeli często padają porównania do Led Zeppelin.
Chłopcy wyskoczyli na scenę punkt 20. Uwagę przykuwał łudząco podobny do Roberta Planta wokalista - Cormac Neeson – skrywający swoją twarz pod kopułą blond włosów i oddający się wygibasom przy mikrofonie (może nie aż takim jak wokalista Mars Volty, niemniej jednak…). Za plecami frontmana szalał basista - Micky Waters. Muzyk biegał od lewego do prawego skrzydła sceny znacząc swoją ścieżkę potem. Cormac między kolejnymi utworami dziękował przybyłym za świetną zabawę i (jak na Irlandczyka przystało) życzył udanego dnia świętego Patryka. Swój popis zakończył sprężystą ewolucją gimnastyczną związaną z rzucaniem się plecami na podłogę i momentalnym z niej powstaniem.
Muzycy zeszli ze sceny, a wiszący pod sklepieniem „piekielny dzwon” tylko zaostrzał apetyt na to, co miało wydarzyć się za chwilę. Stojący nieopodal (lekko już zniecierpliwiony) rodak, który ewidentnie nie próżnował w gaszeniu pragnienia, podsumował zejście The Answer, krótkim, ale treściwym „teraz k**wa będzie roz******l”. Rzeczywiście, ciężko o lepszy rzeczownik, który opisałby to, co miało wydarzyć się za chwilę.
Światła zgasły, a publiczność oddała się podziwianiu animacji pędzącego pociągu z najbardziej znanym produktem eksportowym Australii na pokładzie. Krótka animowana historyjka przedstawiała perypetie Angusa z roznegliżowanymi paniami w sercu lokomotywy. Akcja nabiera rozpędu, diabelski uśmiech gitarzysty, ogień, usta, piersi, lokomotywa, gitara, ogień, ściana, BUM! Telebim pośród dymu i pirotechnicznych wystrzałów pękł na pół a na scenę wtargnęła ciuchcia AC/DC. Rozległy się pierwsze dźwięki „Rock N Roll Train”. Publiczność oszalała.