szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

27 MajaNasze relacje

27 MajaNajnowsze wiadomości

27 Maja Najnowsze plotki

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Priest Feast 2009 (Judas Priest, Testament, Megadeth)

  A A A
 
Gej-motocyklista, karateka i Indianin Pomo (Priest Feast 2009) - (2009-03-04)

(26.02.2009, Berlin) Judas Priest w klasycznym składzie plus dobrze dysponowany Megadeth i Testament, który tryska energią po wydaniu bardzo udanej płyty. Za zobaczenie tych tuzów metalu wielu dałoby ostatnie pieniądze, nawet wykradzione swoim dzieciom ze skarbonek. A na pewno jeden, który wyznał mi to w kolejce po Berliner Kindl…




Zobacz zdjęcia z koncertu!


Wiosną ubiegłego roku Testament wydał świetny album „The Formation of Damnation”, którego okładka w gigantycznym powiększeniu zawisła nad sceną, na którą kilkanaście minut po 19:00 weszli Chuck Billy – Indianin szczepu Pomo z plemienia Kulanapan – na co dzień wokalista Testament, gitarzyści Eric Petersen i Alex Skolnick, basista Greg Christian, oraz bębniarz znany ze Slayera czy Forbidden, Paul Bostaph.

Zagrali z zaangażowaniem rzadko spotykanym nawet u dwudziestoletnich punkowców. Na początek „Over The Wall” – utwór-symbol, z debiutu sprzed ponad dwóch dekad. Po zejściu (a właściwie zbiegnięciu świńskim truchtem) z trybun na płytę, można było poczuć potężną falę dźwiękową, niemal namacalną i prawie bolesną. Czyli tak, jak miało być!:)

Jeszcze bardziej potężny niż kiedyś, Chuck Billy, po zwycięskiej walce z rakiem, śpiewa z ogromną mocą i radością. Tryska energią, a koledzy dotrzymują mu kroku. Podczas wirtuozerskich popisów gitarzyści przejmują od Chucka pałeczkę lidera, najczęściej uśmiechnięty od ucha do ucha Alex, ale czasem też chowający się za włosami Eric.

Thrash metal w wykonaniu Testamentu to wybuchowa mieszanka pancernie ciężkich riffów i galopującej sekcji rytmicznej z melodiami i prostymi do powtórzenia przez publiczność, stadionowymi zaśpiewami. Jak w najnowszym utworze „More Than Meets the Eye”, czy klasycznych „Into The Pit”, „Souls Of Black” i “Practice What You Preach”.

Wyśmienite czterdzieści minut rozgrzewki z Testamentem upłynęło o wiele za szybko. Bannery z logo zespołu zasłaniające ściany wzmacniaczy rozstawione po obu stronach zestawu perkusyjnego Bostapha techniczni zwijali, kiedy publiczność domagała się jeszcze bisu. Wygrał pragmatyzm i brutalne prawa festiwalowe. Za kilka chwil na scenę miał wkroczyć Dave Mustaine ze swoim zespołem.

Megadeth to już bardziej projekt zasłużonego gitarzysty i oryginalnego wokalisty, niż grupa z którą można się identyfikować. U nich zmiany składu są czymś naturalnym, choć niestety odbijającym się na jakości, przede wszystkim koncertowych wykonań, utworów pisanych niezmiennie przez Rudego.

Zaczęli kontrastowo do dźwiękowej furii Testamentu, od delikatnego intra-wstępu i niewiele mocniejszego „Sleepwalker" (który otwiera też ostatni album, „United Abominations” z 2007 roku). Po czym, tradycyjnie dla siebie – bez żadnych przerw – zagrali „Wake Up Dead” i „Take No Prisoners”. Przed czwartym utworze, znów zaczynającym się nastrojową partią gitary bez przesteru, „A Tout Le Monde”, na chwilę zgasły światła. Nie usłyszeliśmy jednak jeszcze „guten abend”.

Oficjalne powitanie nastąpiło dopiero po przeboju z „Youthanasii”. Dave Mustaine, choć płynnie zna niemiecki (oraz francuski, a także sztuki walk wschodu i skakać ze spadochronem:), mówił w swoim ojczystym języku. Powiedział, jak bardzo cieszy się z kolejnej wizyty w Berlinie i sprawnie przeszedł do zapowiedzi kolejnego utworu. ťTo będzie piosenka o najbardziej po***ym mieście w USA, z płyty „United Abominations” – „Washington Is Next!”Ť

Fani klaskali i krzyczeli, że fajnie jest, ale większa część sali ożywiła się dopiero przy „In My Darkest Hour”, czy „Symphony Of Destruction”. Po tym secie znowu zgasło światło, po czym lider Megadeth zapewnił, że zagrają jeszcze parę kawałków. Jako życzliwy odbiorca całości mogę powiedzieć, że i parę wcześniejszych i parę następnych zabrzmiało poprawnie, ale po eksplozji Testamentu i spodziewanym show Judas Priest, liczyłem na więcej.

Może gdyby „najświeższy nabytek”, przyjęty kilka miesięcy temu gitarzysta, Chris Broderick (ex-Nevermore) oraz basista James LoMenzo (trochę ponad dwa lata w Megadeth, ex David Lee Roth Band, Ozzy Osbourne, czy Ace Frehley) i bębniarz Shawn Drover mieli większy wkład w tworzenie muzyki zespołu, a nie byli tylko odtwórcami tego, co wymyśli Dave Mustaine, to graliby z większą radością i polotem. Tymczasem grają tylko tak i tyle, ile trzeba.

oceń
1
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: +1 [1]
[2009-03-14 21:32]

Metal Gods
Mialem szczescie byc na tym koncercie, pierwszy raz widzialem Judas Priest, ktorych slucham od blisko 25 lat... bylo FANTASTYCZNIE!!!! Faktycznie dzwiek bebnowzdmuchiwal wlosy z glowy i zapieral oddech, glos Roba jak zawsze niesamowity chociaz w Green Menalishi "wywinal" sie od najbardziej chyba wyczekiwanego "wycia" i wyreczyl sie publicznoscia, no i zabraklo mi "Diamonds and Rust", no i po cichu liczylem na akustyczne wykonanie Green Menalishi... ale nie ma co narzekac, bylo wspaniale w pelni slowa tego znaczeniu.... do dzis nie do konca moge uwierzyc ze widzialem i slyszalem ich na zywo... dla mnie w przeciwienstwie do autora artykulu wypdl Testament, moze dlatego,że jako pierwsi grali i jeszcze brzmienie nie bylo tak dobre.. zdecydowanie wypadli tez lepiej w starych kawalkach... a Megadeth - tez rewelka, a szczegolnie "Symphony..." - powalil mnie na kolana... Wiec kto nie widzial niech zalujee.. chociaz Polakow bylo sporo... METAL GODS rządzą - i tyle!

odpowiedz

Ocena: +1 [1]
~Michal [2009-03-08 05:25]

Megadeth
Sa rewelacyjni.

odpowiedz