Trzeba było mieć w sobie dużo odwagi i determinacji by we wtorkowy wieczór opuścić zacisze domowego ogniska i oddać się w łaskę (lub też nie) bezlitosnej, zimowej aury. Motywatorem był amerykański kwartet – Girls Against Boys - który 17 lutego wystąpił w warszawskim Hard Rock Cafe. Czy opłacało się zdradzić ciepłe łóżko z koncertową jadłodajnią?
Warszawski Hard Rock Cafe to miejsce, które zawsze wywołuje wśród fanów grającego tam zespołu jęk niezadowolenia. Sama nie mogę wyjść z podziwu dla tych, którzy pod sceną w Hard Rocku potrafią stanąć w takim miejscu, które nie znajduje się akurat na trajektorii biegu kelnerek śmigających wytartą ścieżką od baru do stolika i tak jeszcze kilkadziesiąt razy. Bezcenny musi być spokój, kiedy nie martwisz się, że zostaniesz zaatakowany przez ociekającą krwistym ketchupem frytkę, lub też, nie runie na ciebie krzywa wieża z kufli piwa.
Zamiast narzekać - rodacy postąpmy wbrew naturze i spójrzmy na jaśniejszą stronę. W jakim innym klubie możemy znaleźć się na tyle blisko artysty, że bez problemu odczytamy jego rozmiar buta? I mówimy o klubie, gdzie na scenie możemy spotkać takich wykonawców jak Keith Caputo (swoją drogą wokalista musiał rozsmakować się w zapachach dochodzących z kuchni, w sierpniu pojawi się ponownie z cała ekipą Life of Agony), Scott Kelly, New Model Army czy właśnie Girls Against Boys.
Kwartet powstał w Waszyngtonie jako projekt poboczny perkusisty Fugazi - Brendana Canty i Eli Janney’a. Canty opuścił grupę krótko po jej powstaniu. Obecnie w szeregach zespołu grają trzej muzycy z kapeli Soulside - Scott McCloud (wokal, gitara), Johnny Temple (bas), Alexis Fleisig (bębny) i założyciel – Eli Janney (bas, klawisze).
Jak to w Hard Rocku bywa, muzycy pojawili się na scenie z lekkim poślizgiem. Dwie gitary basowe i potężny ładunek energii, o który tak ciężko pośród naszych rodzimych, depresyjnych muzyków z tzw. sceny alternatywno-gitarowej. Eli skakał w amoku robiąc użytek ze swojej bujnej czupryny. Scott natomiast nie krył swojego zaskoczenia, z ilości zebranych. Pod samą sceną zebrał się spory skacząco-bawiący się tłumek, którego radosne pogo przekreśliło obawy, że Amerykanie będą grać do przysłowiowego kotleta (czy też hamburgera). A skoro na wstępie tego akapitu padło słowo bas - basy brzmiały wyśmienicie. Z rozkoszą można było wychwytywać poszczególne szarpnięcia strun.
Koncert okazał się idealnym remedium dla osępienia wywoływanego pogodową aurą. Przy takich utworach jak „Basstation”, „Kill The Sexplayer” czy „Life In Pink” bez problemu dało się uciec od myśli, że warunki atmosferyczne skłaniają raczej do hibernacji. Zespół po zejściu ze sceny powracał na nią jeszcze dwukrotnie. Podczas bisów nie mogło zabraknąć koweru Joy Division – „She’s Lost Control”.
Tuż przed północą bajka z wymarzoną ścieżką dźwiękową w tle się skończyła, wróciły wełniane swetry i puchowe kurty z kapturami z „misiem”. Oby jak najwięcej takich rozdziałów w koncertowym kalendarium klubu.
(txt. Wania/ fot. M.Bąkiewicz)