szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

21 MajaNasze relacje

21 MajaNajnowsze wiadomości

21 Maja Najnowsze plotki

Koncert Queen na Stadionie Miejskim we Wrocławiu

  A A A
 
Queen na Rock in Wrocław! - (Piotr Bąkiewicz, 2012-07-08)

Czterdzieści jeden lat oczekiwań i oto są, legendarny zespół Queen zawitał w końcu do Polski! Niby wszystko pięknie, wiekopomna chwila, ale w powietrzu wisi ciężkie i niewygodne pytanie – czy to jeszcze faktycznie jest „ten” Queen?

Cóż, oczywiście, że nie. Po śmierci Freddiego Mercury'ego pewien rozdział w działalności zespołu został zamknięty i w żaden sposób już się do niego nie wróci. Nie ma sensu udawać że jest inaczej, ale też nie ma sensu drzeć z tego powodu szat, bo nic to nie zmieni. Brian May i Roger Taylor doskonale zdają sobie z tego sprawę, nie znaczy to jednak, że nie mogą dalej nieść sztandaru z napisem Queen. Nie wszyscy w końcu mieli tyle szczęścia, żeby zobaczyć legendę w najlepszym składzie, z żyjącym jeszcze Freddiem, czy nawet już potem, jako Queen+ z Paul Rodgersem na wokalu. Jasne, kto nastawił się, że to będzie drugie Wembley pewnie srodze się rozczarował, ale nie czarujmy się - miażdżąca część zgromadzonych na wrocławskim Stadionie Miejskim fanów po prostu chciała po raz pierwszy zobaczyć (i usłyszeć) chociaż część legendy.

Zaczęło się ok 20 minut po 21. Zza zasłaniającej scenę czarnej kurtyny z charakterystycznym logo grupy dobiegły nas dźwięki Flash z offu, a gdy ta upadała, z kłębów dymu i oślepiającego światła wyłoniły się sylwetki muzyków. Teraz już na żywo zakończyli utwór i błyskawicznie przeszli do Seven Seas of Rhye. Lambert ubrany w skórzaną ramoneskę z nabitymi ćwiekami epoletami, May w czymś rodzaju poncza i Taylor ubrany w całości na biało, za wyjątkiem czarnego krawata. Oczywiście na scenie pojawili się też pozostali muzycy, ale poza Rufusem, synem Taylora, grającym na instrumentach perkusyjnych, reszta była dość mocno schowana z tyłu. Następnie Keep Yoursefl Alive płynnie przechodzące w szybką wersję We Will Rock You (który to już w całości wróci na bisy). Protem Under Pressure, gdzie Rufus zasiadł za perkusją, a Taylor złapał za mikrofon, by śpiewać partie oryginalnie wykonane przez Davida Bowiego. Roger miał zresztą jeszcze okazję do pośpiewania w A Kind of Magic i These Are the Days of Our Lives (oba zresztą jego autorstwa). Przy okazji tego ostatniego, na telebimach w tle, oraz po bokach sceny pojawiły się archiwalne nagrania okresu News of the World Tour. Publiczność przywitała to burzą oklasków, zwłaszcza gdy na ekranie pokazano Freddiego, w charakterystycznym, biało czarnym kostiumie. Takie smaczki dostaliśmy też przy okazji Love of My Life oraz Show Must Go On tyle, że w tych przypadkach Freddie nie tylko był pokazany (materiał pochodził z Live at Wembley), ale też... śpiewał. Bardzo szczególny i wzruszający akcent, gorąco przywitany przez publiczność. Jeśli już mowa o technikaliach, to uczciwie przyznać trzeba, że koncert nie miał zapierającej dech oprawy. Uwagę zwracała głównie bateria świateł podwieszonych nad muzykami, która to dodatkowo zmieniała swój kształt i położenie na poszczególnych utworach (np. kołysząc się w przy Crazy Little Thing Called Love, czy też układając się w nasze, biało czerwone barwy przed bisami). Poza tym scena posiadała jeszcze wysuniętą do przodu platformę, z której chętnie korzystali muzycy. May w całości zagrał na niej Love Of My Live i '39, tu już z towarzyszącym mu Taylorem, który akompaniował na bębnie i z tamburynem w ręku. W pamięci zapadła mi jeszcze wielka dyskotekowa kula, która zjechała na scenę przy Who Wants To Live Forever.

Nie zabrakło natomiast popisów samych muzyków. Pod koniec Dragon Attack (na którym Lambert ubrany był w czerwoną ramoneskę z doszytym futrem) Neil Fairclough zagrałam całkiem sympatyczne solo na basie (głównie slapem), zaraz po nim pałeczkę przejął Taylor i razem z synem zagrali solówkę na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Na sam koniec oczywiście znokautował wszystkich May grając baardzo długie solo wsparte chorusem, delayem, sprzężeniami i czym tam się jeszcze dało. Kiedy skończył spoty skierowano na klawiszowca i zaczął się wstęp do I Want to Break Free, w trakcie którego Lambert kokietował publiczność wspólnym odśpiewaniem różnej maści jee ee ee eje. Nie przypominały one słynnych już chyba popisówek Freddiego, ale raczej nie o to chodziło.

Następnie otrzymaliśmy Another One Bites the Dust, Radio Ga Ga (ze scenami z Metropolis na telebimach) i Somebody to Love, by po wspomnianym wcześniej Crazy Little Thing Called Love zmiażdżyć nas The Show Must Go On i Bohemian Rhapsody (z obowiązkowo wplecionymi elementami z klipu).

Podczas bisów uraczono nas Tie Your Mother Down z Mayem na wokalu i Rufusem za bębnami, normalną już wersją We Will Rock You i obowiązkowym We Are the Champions odśpiewanym przez te 30 tysięcy zgromadzonych gardeł.

I tu nastąpił koniec. Ponad dwie godziny grania, praktycznie same hiciory i naprawdę rozentuzjazmowana publiczność. A jak wypadł Adam Labert? Zaskakująco dobrze. Nie można odmówić mu umiejętności wokalnych i świetnej skali, co podczas koncertu kilka razy prezentował. W dodatku nie silił się na naśladowanie legendy, ani też nie przeszkadzał własnymi interpretacjami wokalu (może poza Show Must Go On, gdzie niepotrzebnie „dramatyzował” swój głos). W dodatku wiedział gdzie jest jego miejsce, nie wychodził przed szereg, czego nie można było powiedzieć o Rodgersie. Spodobały mi się też jego przebieranki, bo w pewien sposób nawiązywały do dziwacznych kostiumów Mercury'ego z początku Queen.

Na koniec dodam jeszcze, że Queen wystąpił w ramach imprezy Rock in Wrocław, na której wystąpiły też rodzime Power of Trinity, Ira, oraz amerykańska formacja Mona.

ZOBACZ ZDJĘCIA Z KONCERTU

Piotr Bąkiewicz
oceń
10
1
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN
Ocena: +7 [7]
~gość [2012-07-09 09:11]

Naprawdę rzetelna recenzja

odpowiedz

Ocena: +7 [7]
~Asia [2012-07-08 20:44]

chwała temu co pisał tą recenzję, ponieważ nie był stronniczy, napisał uczciwiej jak było i nie zjechał Adama tylko dlatego że jest gejem (pomimo to że Freddie też był) oraz za jego przebieranki które moim zdaniem nadały występowi fantazyjności. Jeśli ktoś jeszcze mi powie że Lambert nie ma głosu to go wyśmieję.

odpowiedz