szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

26 MajaNajnowsze wiadomości

26 Maja Najnowsze plotki

"Mogę pozwolić sobie na więcej" (rozmowa z Arturem Rojkiem)

2013-07-29   A A A
 

"Po 20 latach pożegnałem się z jedną pracą" - mówi o rozstaniu z Myslovitz Artur Rojek, dodając, że pracuje nad czymś nowym, ale szczegółów nie zdradzi. Chętnie opowiada za to o festiwalowych przeżyciach i swoim OFF-ie. Z kim artysta jadał śniadania, co działa w Polsce lepiej niż za granicą i dlaczego to nie jest wcale takie złe, że ludzie nie mogą stać z piwem pod sceną?



Pamiętasz swoje pierwsze doświadczenia z zagranicznymi festiwalami?

Artur Rojek:
To były okolice 2002 roku. Na swoje pierwsze festiwale jeździłem jako artysta. Po kilku polskich festiwalach, które traktowałem raczej jako zbiór koncertów, za granicą zobaczyłem, co to naprawdę znaczy festiwal.

Z miejsca ci się spodobało?

Artur Rojek:
Ta atmosfera, ci ludzie, ta ilość zespołów, jedna, druga, trzecia scena, świetnie zorganizowany backstage. To wszystko wydawało mi się takie fajne z perspektywy uczestnika i artysty. Grałem na różnych festiwalach. Tych klasycznych, jak T in the Park, który przypomina trochę Open’era, oraz tych mniejszych, jak Montreux Jazz Festival, który odbywa się w mieście. Podobało mi się, że w hotelu mieszkam z ulubionymi muzykami. Spotykałem ich na śniadaniu, zamienialiśmy kilka zdań. Gdybym był wtedy odważniejszy, to na pewno mógłbym spędzić z nimi więcej czasu.

Z kim spotykałeś się przy jednym stole?

Artur Rojek:
Z chłopakami z Notwist, z Mercury Rev… Największe wrażenie zrobiło na mnie to, że na backstage’u mieliśmy garderoby obok siebie. Z jednej strony był mój zespół, z drugiej Sonic Youth. W Montreux byliśmy obok Paula Simona. Kiedy opuszczaliśmy garderobę, to po nas zajmował ją np. Ian Brown. Byłem w ciągłym szoku. Podejście i zagadanie do kogoś było ostatnią rzeczą, która przychodziła mi do głowy. Zastanawiałem się, czy jestem tam przez przypadek i na ile dzieje się to naprawdę. Dla chłopaka, który znał wszystkie te bandy z okładek płyt czy magazynów muzycznych, było to szokujące. Festiwalowa atmosfera bardzo mi się udzieliła. Wymyśliłem sobie festiwal w Mysłowicach. Zawsze chciałem zrobić coś, co miałoby muzyczny kontekst, ale niekoniecznie było kolejnym zespołem. Tak to się zaczęło.

Kiedy teraz jeździsz na festiwale, podglądasz różne rozwiązania, które tam funkcjonują?

Artur Rojek:
Jest to normalna rekcja człowieka, który organizuje festiwal. Niektóre rzeczy robią wrażenie. Dużo pomysłowych rozwiązań zapada mi w pamięci. Sporo mnie inspiruje. Wydaje mi się też, że wiele pomysłów działa u nas lepiej.

Na przykład?

Artur Rojek:
W porównaniu z innymi festiwalami, na których bywam, wydaje mi się, że lepiej radzimy sobie z obsługą gości. Nie ma kolejek, wszyscy są dobrze poinformowani, przestrzeń nie jest wypchana do granic możliwości.

W tym roku na OFF-ie nie będzie już trzech rodzajów kuponów?

Artur Rojek:
Nie. Kupony staną się mniej popularną formą płatności. Promować będziemy płatność bezgotówkową i bezbonową. Każdy uczestnik dostanie kartę, którą będzie mógł doładowywać lub w razie potrzeby wymienić na nową.

Co jeszcze działa na OFF-ie lepiej?

Artur Rojek:
Nagłośnienie, które jak dla mnie szwankuje na wielu festiwalach. Widziałem więcej źle, niż dobrze zrobionych koncertów. Mam wrażenie, że nie wynika to ze złego zaplecza technicznego, ale ze złej komunikacji pomiędzy ludźmi, którzy na co dzień opiekują się tym sprzętem, a realizatorami dźwięku poszczególnych zespołów. Oczywiście zdążają się nagłośnieniowe wpadki, ale to raczej rzadkość niż standard. Bardzo dużą uwagę przywiązujemy do sprzątania. Na OFF-ie nie ma śmieci. Nie wynika to z tego, że ludzie nie śmiecą, tylko non-stop chodzą służby miejskie i sprzątają. Czegoś takiego na innych festiwalach nie ma. Za granicą nie ma też "zamkniętych" stref gastro. Polacy traktują to jako ograniczenie, ponieważ nie mogą wyjść z piwem pod scenę. W tamtym roku dziennikarze serwisu Quietus chwalili to, że jest miejsce na spożycie i miejsce na słuchanie. Podobało im się, że nie można stać na koncercie Swans z browarem w jednej, a jedzeniem w drugiej ręce. Najpierw jesz, potem idziesz na koncert. Odbierali to jako większy szacunek dla występującego artysty.

Karolina Wanat/ fot. Jacek Poremba
oceń
5
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!