szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

23 LutegoNajnowsze wiadomości

23 Lutego Najnowsze plotki

"Istnieją tylko dwa rodzaje muzyki - dobra i zła" (rozmowa z Djerv)

2011-11-09   A A A
 

Z zespołem Djerv spotkaliśmy się tuż przed ich niedawnym koncertem w warszawskiej Stodole. Norweski zespół wystąpił jako jeden z supportów zespołu Behemoth, dzieląc scenę również z formacjami Blindead oraz Morowe. Przeczytaj wywiad i dowiedz się m.in. w jakich okolicznościach formował się ich styl, oraz co czyni Norwegię krajem dwóch przeciwności.




To ciekawe, że Norwegia w dużej mierze skupia w sobie dwie muzyczne przeciwności. Z jednej strony znana jest z nieco sennego folku, a z drugiej z miażdżącego metalu. Skąd wynika ten brak wyraźnego środka?

Stian:
Może ma to coś wspólnego z ekstremalnością samej natury w Norwegii. Na południu kraju masz klimat typowo europejski, ale w północnych częściach znajdują się jedne najdzikszych i najzimniejszych rejonów na świecie. Czyli bywa tam ekstremalnie w obu kierunkach.


Kiedy w ogóle zaczynaliście grać muzykę, również we wcześniejszych projektach, czy od razu wiedzieliście, że to ma być rock i metal, czy zaczynaliście od czegoś zupełnie innego?

Erlend:
W latach 80. mnóstwo ludzi słuchało heavy metalu. A Norwegia to dość mały kraj, więc gdy narodzi się black metal, wszyscy bardzo szybko to podchwycili. Całe lata 90 dorastaliśmy w black metalu i myślę, że dość naturalnie przyszła nam fascynacja ciężkim graniem.

Agnete: Ja zaczynałam od śpiewania repertuaru zdecydowanie bardziej klasycznego. Miałam wtedy około 17 lat. Dlatego na początku mój głos nie mógł się przebić przez ciężkie rockowe kawałki. Najpierw zaczęliśmy tworzyć kawałki z niższymi dźwiękami, żeby mój głos był w stanie je udźwignąć. Dopiero z czasem nauczyłam się używać go w zupełnie inny sposób. Tak więc musiałam przebyć pewną drogę, żeby w końcu wykonywać taki gatunek muzyki.


I nieźle ci idzie. Nie tylko w kwestii śpiewu ale i wrzasków. Zawsze zastanawiało mnie jakie w życiu prywatnym są dziewczyny, które w zespołach się wydzierają. Chłopaki, jaka ona jest po zejściu ze sceny?

Stian:
Nie wygląda, prawda? Tak naprawdę jest prawie przeciwieństwem tego, co prezentuje na scenie. Tam jest dziką, złą kobietą. Ale prywatnie jest niezwykle miła i delikatna.

Agnete: Myślę, że trudno by mi było być sobą przed widownią. Występowanie na scenie to niezwykle wrażliwy temat. Myślę, że z inną postawą mogłabym sobie nie poradzić w tej roli. Niektórzy wyrzucają z siebie frustrację grając w piłkę. Może to jest mój sposób.

Erlend: Wrzeszczeć na publiczność (śmiech).

Agnete: Ale kiedyś ktoś mnie zapytał, jak moi koledzy i koleżanki radzą sobie ze mną. Zakładał, że prywatnie też na wszystkich krzyczę.

Erlend: To ciekawe, że bardzo często, kiedy spotykasz osobiście znane postacie metalu, czy innych gatunków ekstremalnych, okazują się przemili.


Dobrym przykładem jest Nergal z Behemotha.

Erlend:
Dokładnie. Inaczej bywa natomiast w przypadku jazzmanów, czy gwiazd popu. Te ostatnie bywają bardzo sfrustrowane.


Niektórym formacjom sporo czasu zajmuje przebicie się do szerokiej publiki. Ciężko pracują, nie tylko w sensie muzycznym, na to, żeby ktokolwiek w końcu to docenił. Ale w przypadku tego konkretnego zespołu poszło dosyć szybko. Jeszcze przed wydaniem pierwszej EPki graliście na naprawdę dużych festiwalach. Nie mieliście w pewnym momencie wrażenia, że powinniście trochę zwolnić?

Stian:
Ja uważam, że nigdy nie jest na tyle szybko, żeby nie mogło być szybciej. Poza tym wcześniej już graliśmy w różnych zespołach, które coś w Norwegii znaczyły. Dzięki temu było nam nieco łatwiej wskoczyć od razu na ten poziom. My tę pracę tak naprawdę wykonaliśmy, tylko w innych grupach.


Rozumiem, ale chodzi mi też trochę o to, czy zakładając ten zespół mieliście już silną wizję tego, co chcecie grać, czy raczej zaczęliście coś grać na zasadzie „zobaczymy co z tego wyjdzie”?

Erlend:
W tym przypadku ta druga odpowiedź. Tak naprawdę na początku nie mieliśmy żadnego planu. Po prostu połączenie naszych zainteresowań wydawało nam się interesujące. Każde z nas jest inne, a wcześniej słyszeliśmy się nawzajem w innych kapelach.

Agnete: Ja byłam akurat w zespole, który był jeszcze w trasie, ale wiedzieliśmy, że po niej nasze drogi się rozejdą. Dla mnie było bardzo ważne, żeby nowy zespół założyć od razu po rozpadzie starego. Bo nie można siedzieć w żałobie zbyt długo. Ja chciałam grać, zachować ciągłość. Poza tym wszyscy jesteśmy teraz w pozycji, która pozwala nam współpracować z osobami, które sami sobie wybierzemy.


Po pierwszym przesłuchaniu waszych kawałków pomyślałem, że nie możecie się zdecydować, czy chcecie grać rocka, czy metal…

Erlend:
Bo nie mogliśmy. To idealne podsumowanie. Wiem, że są osoby, które będą słuchać albo jednego, albo drugiego. Ale my chcemy trafiać do tych, którzy lubią kombinację obu tych gatunków. Ja i Stian graliśmy w zespołach typowo metalowych, natomiast Agnete bardziej rockowych. Wychodzimy z założenia, że jeśli nam się coś podoba, to po prostu to gramy. Nie mamy żadnego planu marketingowego. Myślę, że robiąc muzykę, która nam się podoba, przynajmniej jesteśmy szczerzy z ludźmi.

Stian: Poza tym na świecie istnieją tylko dwa rodzaje muzyki. Dobra i zła.

Agnete: I brzydka (śmiech).


Macie jakieś przemyślenia na temat zespołów, z którymi dzielicie dziś scenę w Stodole?

Erlend:
Szczególnie cenię Behemotha. Jest wielkim fanem ich najnowszego albumu. Nie bazuje na starej szkole, ale ukazuje też trochę nowego spojrzenia na tworzenie muzyki metalowej.

Stian: Ja znam również Blindead. Mam nawet ich płytę.
Albert Kowalczyk/ fot.- Mystic Production
oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!