Debiut fonograficzny wywalczyli sobie za sprawą organizowanego w stołecznej Stodole przeglądu Młode Wilki. W parze ze zwycięstwem przyszedł kontrakt płytowy, a w 2007 roku na sklepowych półkach ukazał się album "11". Po czterech latach Power of Trinity wydają drugi krążek - "Loccomotiv".
Z wokalistą Kubą Koźbą rozmawiamy o nowej płycie, relacjach ze Zbigniewem Hołdysem, drum'n'basse'owej przeszłości i urokach Belgradu. Muzyk do Power of Trinity dołączył w 2002 roku. Jak mówi, zupełnie przypadkiem.
Kuba Koźba: Próbowałem robić muzykę z różnymi ludźmi. Ragamuffin i takie rzeczy. Jeden z kolegów znał „Powerów” – Łukasza Cyprysa i Krzyśka Grudzińskiego – i powiedział mi, żebym poszedł na próbę, bo szukają wokalisty. Poszedłem. Bardzo przypadliśmy sobie do gustu. Połączyliśmy nasze pomysły i w zasadzie od razu zrobiliśmy piosenkę. No i tak już zostaliśmy.
Czy to prawda, że Guma przez jakiś czas był wokalistą Power of Trinity?
Kuba Koźba: W tamtym okresie przewinął się i Darek Malejonek, i Guma, Bartek Dyner… Nasz basista natomiast cały czas grywa z Moskwą.
A co z Gerardem Klawe?
Kuba Koźba: Gerard wrócił do Closterkeller, natomiast do nas wrócił Grzegorz Graczyk. Od pierwszej płyty minęły już cztery lata. Chcieliśmy wydać drugi album wcześniej i może by nam się udało, gdyby nie zmiany w składzie. Aktualnie jest nas czterech – wcześniej było pięciu. Z dwóch gitarzystów został jeden. Musieliśmy trochę przearanżować muzykę na bardziej melodyjny bas, a jedna gitara wzięła na siebie nieco więcej. Wyszło nam to na zdrowie, bo jest bardziej selektywnie. Lepiej słychać, a na mocy nie straciliśmy.
Czyli materiał był już gotowy od dłuższego czasu?
Kuba Koźba: Mieliśmy parę piosenek, które i tak chcieliśmy nagrać, ale w związku z tym, że brzmiały nam nieco archaicznie przearanżowaliśmy je i dołożyliśmy elektroniki, którą uważaliśmy za nieprzesadzoną. Zrobiliśmy też część nowych piosenek, które wpadały, jak łapała nas wena. Staraliśmy się nagrywać wszystkie pomysły, a potem przeprowadzaliśmy selekcję. Jest kilka takich piosenek: „Wagonowa Love”, „Ręce”, „Ding dong”… Właściwie to utwór „Ding dong” mieliśmy już wcześniej, ale go przearanżowaliśmy.
Kawałek „Whatta Love” jest za to mocno elektroniczny.
Kuba Koźba: Ten akurat właśnie taki miał być. To jest utwór, który zrobiliśmy właściwie na jednej z pierwszych prób. Graliśmy go z sekcją dętą. Był taki epizod w historii Power of Trinity, że nagraliśmy demówkę z dęciakami. Grał z nami Kuba Raczyński (były saksofonista Varius Manx, przyp.wan), Michał Kobojek… Nawet to fajnie brzmiało. Patrząc jednak z perspektywy czasu jest to trochę archaicznie, kojarzy się ze słowiańskim reggae. Od pierwszej płyty nieco wydorośleliśmy. Z reggae obchodzimy się bardzo ostrożnie. Są pulsacje reggae’owe, ale gramy raczej rocka. Fascynacje mamy od Queens of the Stone Age po Kobonga. Staramy się wyważyć , żeby reggae/ raga gdzieś tam było, ale żeby grać rocka. Przy „Whatta Love” stwierdziliśmy, że ta piosenka musi być zrobiona nowocześnie, trochę dubowo. Przez Marka z Dreadsquadu Krzysiek skontaktował się z Fazem, który zrobił taką wersję.

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O PŁYCIE "LOCCOMOTIV"
W swojej historii miałeś epizod z drum’n’bassem.
Kuba Koźba: Byłem MC w Sonic Trip. Ci didżeje chyba jeszcze grają w innych składach. DJ Mono, Nobis, Exwookie… Jeszcze kilku się przewinęło. To byli tacy junglowo – drum’n’basse’owo – różni didżeje.