szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

29 MarcaNajnowsze wiadomości

29 Marca Najnowsze plotki

"Sami się inspirujemy" (rozmowa z Davidem Vincentem z Morbid Angel)

2011-07-02   A A A
 

Wokalista Morbid Angel nigdy nie należał do przesadnie skromnych chłopców. Z jedynego spotkania sprzed piętnastu lat zapamiętałem go jako wyniosłego i trochę na siłę szokującego "Ale wtedy byłem dupkiem!" – przyznał teraz ze śmiechem.



Wiele osób twierdzi, że właśnie taka jest też najnowsza płyta Morbid Angel – "Illud Divinum Insanus". "Niepotrzebnie szokująca i na siłę udziwniona", "Nagrana bez szacunku dla ideałów" (?;) i "Niwecząca dotychczasowy dorobek grupy". David od początku rozmowy przyjmuje postawę cierpliwego nauczyciela, tłumaczącego, dlaczego zdecydowali się właśnie na te kompozycje i tak specyficzne brzmienia. Mnie nie musiał przekonywać , ale może oponenci po przeczytaniu tej rozmowy zrozumieją przynajmniej, dlaczego ten album musi być właśnie taki.

Przed chwilą słuchałem „Illud Divinum Insanus”. Właśnie skończył się „Radikult”, dlaczego nie nagraliście całej płyty w takim stylu?

David Vincent: Bo to tylko część naszego obecnego stanu ducha. Nadal chcemy też grać klasyczne utwory w stylu Morbid Angel, jak „Nevermore” i większość tego, co jest na tym albumie, ale zawsze też chcieliśmy się rozwijać. „Illud Divinum Insanus” to nasz najbardziej odmienny album ze wszystkich, które nagraliśmy, ale nie powinien zaskakiwać, jeśli przypomnimy „God Of Emptiness” z „Covenant”, czy końcówkę płyty „Domination”. Wtedy też padały zarzuty o zdradę…

Ale ja nie zarzucam wam zdrady, tylko pytam o niekonsekwencję.

David Vincent: Ależ my właśnie byliśmy konsekwentni! Wszystkie założenia, jakie zrobiliśmy z Treyem (Azagthothem, wł. Georgem Emmanuelem – głównym kompozytorem i gitarzystą Morbid Angel – przyp. ZZ) zrealizowaliśmy w stu procentach! Jestem dumny z tej płyty. Z tego, jak dużo pracy włożyli w nią wszyscy muzycy i jak brzmi. A jej różnorodność jest jej atutem. Jedno jest niezmienne dla Morbid Angel na przestrzeni lat – gra muzykę ekstremalną. A teraz o wiele bardziej, niż kiedykolwiek…

Racja, ale narażacie tym takich jak ja, na tłumaczenie wszystkim zawiedzionym, że nie warto wciąż nagrywać tego samego, że „death metal” to tylko pojęcie umowne. Ja od kilku tygodni jestem waszym rzecznikiem i tłumaczę wszystkim wokół, że to nie jest zła płyta, tylko inna.

David Vincent: Dokładnie tego oczekiwali ci, którzy teraz narzekają. Krzyczą „spodziewaliśmy się czegoś innego!”. Proszę bardzo – mają coś naprawdę innnego (śmiech). A poważnie, pomyśl stary, „Nevermore” brzmi jak klasyczny Morbid Angel, „Existo Vulgoré”, „Blades for Baal” i następne też. Siedem numerów jest takich, jak wszyscy się spodziewali, cztery – nie. Powiedz, czy kupując płytę oczekujesz, że każdy utwór na niej będzie taki sam?

Tylko jeśli to płyta Iron Maiden (śmiech)

David Vincent: Albo AC/ DC. Dokładnie o to mi chodzi. Wszystko, nawet brzmienie jest u nich zawsze przewidywalne. Wiem, że są ludzie, którzy tego oczekują, ale nie spodziewałem się, że zaliczają się do nich też sympatycy Morbid Angel. My piszemy od zawsze różnorodnie. Czuliśmy, że czas już podzielić się tą inną muzyką z ludźmi. Mamy bardzo szerokie horyzonty. Nie ogranicza nas nic, poza ramami naszej kreatywności i umiejętności. Nie rozumiem, dlaczego mam komuś, kto sam nigdy nie trzymał w ręku gitary tłumaczyć się z moich wyborów. Nikt nikogo nie zmusza do kupowania tego albumu, jeśli ktoś po wysłuchaniu próbek w internecie uzna, ze nie chce tej muzyki mieć u siebie na półce… Ja czułem, że tak ma brzmieć „Illud…”, jeśli ktoś też tak czuje, to świetnie. Reszta mnie nie interesuje.

Dlaczego płyty nie produkował Erik Rutan, choć pierwotnie miał to robić?

David Vincent: Producentami zostaliśmy sami – ja i Trey – bo Erik nie dawał się przekonać do naszej wizji. Jest wspaniałym producentem, cenię go też jako muzyka jeszcze z czasów, kiedy z nami grał. Ale ma styl, który bardzo mocno i jednoznacznie definiuje muzykę.

Jako death metal?

David Vincent: Dokładnie. A nie tego oczekiwaliśmy przy pracy nad „Illud…”. Dlatego Erik był tylko inżynierem dźwięku podczas nagrań perkusji w sześciu, czy siedmiu utworach. Tych klasycznych. Jeszcze kto inny zajmował się nagrywaniem basu i gitar. Sporo ludzi było zaangażowanych do pracy w studio, ale produkcją zajęliśmy się Trey i ja. Doszliśmy do wniosku, że sami najlepiej zrobimy to, o co nam chodzi. Zagraliśmy tak, jak czuliśmy i tak też wyprodukowaliśmy tę płytę.

Zbigniew Zegler/ fot. John Raptis/Visceral Industry
oceń
16
1
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!