19 lutego Nosfell zabierze publiczność zgromadzoną w Centralnym Basenie Artystycznym w Warszawie w wędrówkę po świecie swojej wyobraźni. Z muzykiem udało nam się porozmawiać na kilka dni przed jego przyjazdem do Polski.
Słyszałeś o tym sposobie na Francuzów – kiedy zaczynasz rozmowę, rozpocznij od jakiegoś zwrotu po francusku, w przeciwnym razie będą udawać, że cię nie rozumieją?
Nosfell: (śmiech) Tak, słyszałem o tym, ale do mnie możesz mówić cały czas po angielsku.
Śpiewasz po angielsku, francusku i w wymyślonym języku?
Nosfell: Zgadza się. Nazywam go Klokobetz. To język za pomocą którego komunikowałem się z moim ojcem. Mój tata znał siedem języków. Kiedy byłem małym chłopcem budził mnie w środku nocy i mówił do mnie w różnych językach, których nie rozumiałem. Bywał bardzo gwałtowny. Wydaje mi się, że podczas tych rozmów próbował nawiązać ze mną jakąś więź. Przychodził w nocy, bo noc ma w sobie ten wyjątkowy urok intymności. Kiedy miałem 12 lat mój ojciec zniknął i zostawił mi na kartce te kilka wyrazów, które przechowywałem przez wiele lat. Były dla mnie jak talizman, jak część mojego ojca. Kiedy działo się coś złego powtarzałem tę listę w kółko, jak mantrę. Nie rozumiałem tych słów. Jako nastolatek zacząłem rozmawiać o nich z moim psychoterapeutą. Pomógł mi zinterpretować je i uczynić z tej listy coś dobrego. Zdecydowałem, co poszczególne słowa będą oznaczać. Tak zaczął powstawać język. Z czasem wymyśliłem sposób na tworzenie nowych słów. Kiedy chciałem zobrazować jakieś pojęcie, którego nie było na liście brałem dwa słowa, które już miałem i łączyłem je ze sobą.
Wymyśliłeś również gramatykę?
Nosfell: Tak, ale jest bardzo prymitywna. Moim celem nie było stworzenie nowego języka by komunikować się z innymi. To jest raczej związane z poznawaniem samego siebie. Zauważyłem, że im więcej pracuję nad tym językiem, tym bardziej rozumiem swój ojczysty język – francuski. Staję się też bardziej otwarty na ludzi, których spotykam na co dzień. Dzięki Klokobetz na scenie potrafię stać się inną osobą. Inaczej używam swojego głosu, niż kiedy śpiewam po angielsku.
Śpiewanie w różnych językach sprawia, że czujesz się inaczej?
Nosfell: Każdy język sprawia, że stajesz się jakby inną osobą. To jak wybieranie roli przez aktora do spektaklu czy filmu. Z ojczystym językiem łączy mnie pewna szczególna intymność. Kiedy śpiewam po francusku czuję się bardzo kruchy, mój głos brzmi wtedy inaczej. Zawsze pisze teksty w moim ojczystym języku, żeby jak najlepiej czuć to, o czym śpiewam. Potem tłumaczę je na mój wymyślony język albo na angielski. Kiedy śpiewam w Klokobetz czuję się bardziej swobodnie. Bawię się swoim głosem. Angielskiego nauczyłem się z piosenek, których słuchałem jako chłopiec: Neil Young, Johnny Mitchell…Śpiewanie po angielsku wywołuje we mnie zupełnie inne uczucia, sprawia, że zachowuje się inaczej.
Jaka historię opowiadasz na swoim albumie „Nosfell”?
Nosfell: Piosenki z najnowszej płyty powiązane są z kawałkami z poprzednich wydawnictw. Cała historia opiera się na wymyślonych przeze mnie bohaterach, z którymi łączy mnie szczególna więź. Są oni częścią mnie. Na krążku znalazło się kilka krótkich historii, większość z nich opowiada o poszukiwaniu nowego sposobu, by się porozumieć. Komunikacja odbywa się bez słów, ponieważ z reguły bohaterowie nie mogą mówić. Wśród moich bohaterów jest pewna kobieta, ma na imię Milena. Obcięto jej język ponieważ została oskarżona o zabicie swoich dzieci. Pięciokrotnie znaleziono ją śpiąca z palcem noworodka na języku. Milena wybiera się w podróż i gubi drogę na pustyni. Tam spotyka wysokiego chłopca, który nie jest wstanie się z nikim porozumieć, ponieważ nie ma mózgu. Jakoś udaje im się dogadać – w przeciwnym razie umarliby razem na pustyni. Na tej płycie jest kilka tego rodzaju historii.
Napisałeś również książkę. Jest jakoś powiązana z płytą?
Nosfell: Zdecydowanie. Kilku bohaterów z płyty pojawia się również w książce. Wszystko jest ze sobą powiązane.
Jednym z gości na twoim albumie jest Josh Homme. Jak doszło do tej współpracy?
Nosfell: Producentem mojej płyty jest Alain Johannes – były basista Queens Of The Stone Age. Spędziłem dwa miesiące u niego w domu pracując nad moim albumem. Josh był w tym czasie pochłonięty swoim nowym projektem Them Crooked Vultures. Często odwiedzał Alaina żeby pokazać mu nowe kawałki czy po prostu przybić piątkę. Pewnego razu Alain powiedział, że pracuje nad moją nową płytą. Josh zaoferował swoją pomoc. Nie pracowaliśmy w studio – dom Alaina był miejscem naszej pracy. Panowała tam zupełnie inna atmosfera; odwiedzali nas różni artyści, piliśmy kawę, jedliśmy obiad, słuchaliśmy razem muzyki.