szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

19 GrudniaNajnowsze wiadomości

19 Grudnia Najnowsze plotki

"Najlepsze, co przytrafiło się światu od czasów krojonego chleba" (rozmowa z Limahlem)

2009-02-09   A A A
 

Co w 2009 roku prezentuje zespół, który był ikoną brzmienia lat 80.? Odpowiedź na to pytanie fani między innymi reaktywowanego niedawno Kajagoogoo będą mogli poznać już w walentynkowy weekend podczas „Ejtis Show”. Z tej okazji Wirtualna Polska rozmawia z Limahlem o początkach jego kariery, solowych dokonaniach i „Neverending Story”.



Chciałbym najpierw zapytać o przeszłość wręcz prehistoryczną. Zanim w ogóle zacząłeś przygodę z Kajagoogoo imałeś się różnych zajęć. Między innymi byłeś fryzjerem. Jak ci szło w tym zawodzie?

Limahl: Chyba całkiem nieźle. Wiesz, to w sumie był przypadek. Będąc nastolatkiem ciągle walczyłem ze swoim ojcem. Mając 16 lat uciekłem z domu i pojechałem do Bolton. W tamtejszym pośredniaku zapytali mnie czy nie chciałbym pracować w salonie fryzjerskim o nazwie „Hairatorium”. Kiedy tam poszedłem, w recepcji przywitała mnie kobieta, która wyglądała, jakby przybyła z Marsa. Miała purpurowe włosy i przypominała mi postać z serialu telewizyjnego „UFO”. W tamtym czasie uwielbiałem ten serial, więc postanowiłem przyjąć tę ofertę. Salon wyglądał niesamowicie, grali tam świetna muzykę z groovem. Czułem się tam dobrze, chociaż włosy tak naprawdę w ogóle mnie nie interesowały. Oczywiście pierwsze trzy lata w salonie fryzjerskim nie są czymś fascynującym. Myjesz włosy zamiatasz włosy, chodzisz po kanapki dla naczelnego stylisty. Poza tym nie była to moja życiowa ambicja. Tak jak wspomniałem, wszystko było po trochu dziełem przypadku.

Zapytałem o ten epizod z dwóch powodów. Po pierwsze, wiele osób kojarzy, lub kojarzyło Cię z dosyć charakterystyczną fryzurą. Czy to właśnie wtedy powstał ten styl?

Limahl: Trochę tak, ale oczywiście ta fryzura nie narodziła się przez jedną noc. Wiesz, dzisiaj koncerny mają swoich „guru mody”, którzy zajmują się stylizacją gwiazd. Wtedy, czyli na przełomie lat 70. I 80. czegoś takiego po prostu nie było. A słynna fryzura „na Limahla” narodziła się tak naprawdę mniej więcej 4 lat przed tym jak ukazała się szerokiej publice. Występowałem wtedy w musicalu o nazwie „Godspell”. To był okres kiedy triumfy święcił „Jesus Christ Superstar” i trochę odniosłem wrażenie, ze ktoś wpadł na pomysł: „Hej, a może stworzymy kolejny biblijny show!”. Wtedy to było na fali. W każdym razie we wspomnianym „Godspell” występowali zarówno mężczyźni jak i kobiety. Z tym, że podczas gdy kobiety różniły się od siebie figurami, kolorem włosów, fryzurą itd., mężczyźni byli do siebie bardzo podobni. Pewnego dnia zapytałem reżysera, czy miałby coś przeciwko, gdybym zmieniła swoją fryzurę na coś wyróżniającego. Ponieważ nie miał z tym problemu poszedłem do salonu fryzjerskiego, do którego wszedłem jako brunet, a wyszedłem jako blondyn. Od tego się zaczęło. W kolejnych latach eksperymentowałem dalej z fryzurą, która w końcu osiągnęła formę, którą zna cały świat.

Chyba masz rację, jeśli chodzi o ten ówczesny boom na biblijne musicale. Swojego czasu grałeś też przecież w show pod tytułem: „Józef i niesamowity płaszcz snów w technikolorze”.

Limahl: Słuszna uwaga. Chociaż wtedy miało to nieco inny charakter. W „Józefie…”, jeśli nie grasz samego Józefa, lub może jeszcze dwóch innych postaci, to zadaniem całej reszty było chóralne śpiewanie refrenów. Dlatego rola w „Godspell” była dla mnie sporą nobilitacją. Tam każdy dostawał swoje solo.

Czytając o tym jak imałeś się różnych zajęć będąc nastolatkiem, czy młodym dorosłym, zacząłem się też zastanawiać, w jakich okolicznościach ostatecznie zostałeś wokalistą. Czy od zawsze to czułeś, czy może był jakiś impuls?

Limahl: To dobre pytanie. Moja mama mi opowiadała, że od naprawdę małego miałem obsesję na punkcie osób, które gdzieś występowały. Pewnego razu powiedziałem jej bardzo stanowczym głosem: „Zobaczysz mamo, któregoś dnia zobaczysz mnie w telewizji”. Podobała mi się wizja tego innego świata, bardziej kolorowego i zabawnego. Od wieku 7 do 14 lat śpiewałem naprawdę dużo i gdzie się dało – imprezy, ulica itd. Bywało, że np wydałem wszystkie kieszonkowe na automatach do gier. Dlatego żeby zarobić na autobus do domu wchodziłem do jakiegoś sklepu, czy biura i pytałem wprost: „Czy mogę dla Państwa zaśpiewać?”. Oczywiście odpowiedź bywała różna, ale z czasem już dobrze wiedziałem, gdzie przyjmują mnie z uśmiechem. Poza tym, w mojej miejscowości mieliśmy taki klub, który z definicji był dla dorosłych, ale przychodziło tam też trochę osób niepełnoletnich. Podejrzewam, że dziś jest podobnie. Dziewczynom było zawsze łatwiej, ze względu na makijaż itd. Natomiast jeśli chodzi o mnie, to mogę Ci przysiądź, że w wieku 15 lat wyglądałem wtedy na najwyżej 12. Trudno mi powiedzieć jak się tam wtedy dostałem. Chyba chodziło o to, że mój brat był w okolicy znany i mnie wkręcił. Tak, czy siak, Urządzili tam konkurs tańca, w którym postanowiłem wziąć udział... i wygrałem. Pomyślałem sobie wtedy, że może mógłbym to dalej pociągnąć. Ale kiedy opuściłem szkołę w wieku lat 16, trochę tych zainteresowaniach zapomniałem. Bardziej chciałem zostać djem, bo podobał mi się pomysł, że mógłbym puszczać piosenki i dostawać za to pieniądze. Wiesz, moja rodzina zawsze ciężko pracowała. Tata był górnikiem, jak wiele osób w moim regionie. Natomiast w moim przypadku był to ostatni zawód w jakim bym siebie wtedy widział. Dodatkowo wziąłem udział w jeszcze jednym konkursie w Manchesterze i nic wielkiego się nie wydarzyło. Pomyślałem sobie, że jestem jednak do bani, że to by było na tyle jeśli chodzi o moją karierę wokalną. Jednak po dwóch latach przyjechałem do Londynu i poszedłem do pewnego klubu. W tamtym momencie na scenie grało jakieś trio muzyków, a w skład publiczności wchodziło zaledwie 6 ludzi. W pewnym momencie muzycy zaproponowali osobom w klubie, że jeśli ktoś chce wejść na scenę i coś zaśpiewać, to ma ku temu okazję... (W tym momencie Limahl przerwał rozmowę aby wyłączyć dzwoniący telefon komórkowy, który, ku mojemu zdziwieniu, jako dzwonek wygrywał utwór... „Neverending Story”)

Limahl: Przepraszam, musiałem wyciszyć telefon.

Masz w komórce „Neverending Story”?!

Limahl: Dokładnie (śmiech)

O tej piosence zaraz także porozmawiamy, ale wcześniej dokończ historię.

Limahl: Tak więc w tamtym momencie mój kolega, Paul, trącił mnie łokciem i zasugerował, żebym wyszedł na scenę. Tak też zrobiłem i zaśpiewałem piosenkę ”Yesterday” The Beatles. Na koniec dostałem owacje na stojąco od... piątki pozostałych osób na widowni. Ale nie o liczby chodziło. Ważniejsze było to co poczułem. Całą drogę do domu myślałem: „Dobry Boże, ja jednak potrafię śpiewać”. Postanowiłem wziąć lekcje śpiewu, za które zapłaciłem pieniędzmi zarobionymi na byciu fryzjerem. Po jakimś czasie spotkałem dziewczynę która przedstawiła mnie kierownikowi teatru i właściwie wtedy wszystko się zaczęło na dobre.

Jakiś czas temu oficjalnie powróciliście z zespołem Kajagoogoo. W naturze jest tak, że skoro nastąpił powrót, to musiało dojść do rozpadu. Są różne wersje, dlaczego tak szybko wypadłeś ze składu Kajagoogoo. Jaka jest prawda?

Limahl: Akurat tego nigdy nie zapomnę. Prawdziwy powód był taki, że poważnie się pokłóciłem z menedżerem zespołu. Nie podobały mi się niektóre podejmowane przez niego kroki. Otwarcie i szczerze podzieliłem się swoją opinią z zespołem. Problem w tym, że wspomniany menedżer był od zawsze bliskim przyjacielem grupy, jeszcze z czasów szkolnych. Tyle, że oni byli zawsze blisko, a ja dołączyłem na końcu i byłem trochę takim outsiderem. Ostatecznie menedżer przekonał ich do tego, aby mnie zwolnić. Ironia polega na tym, że po siedmiu latach od tego zdarzenia, chłopacy sami odkryli, że ten koleś po prostu ich oskubał na niezłą kasę. Czas leczy rany, spotkaliśmy się po latach i czujemy się świetnie znowu razem współpracując. Nie czujemy w ogóle, że się powtarzamy.

Wróćmy do piosenki z „Neverending Story”. Chciałem zapytać jak ważną funkcję pełni w twoim dzisiejszym życiu, ale trochę odpowiedziałeś już na to pytanie swoim dzwonkiem w telefonie...

Limahl: Jestem z tego kawałka absolutnie dumny. Historia za tą piosenką jest taka, że poprzez swojego ówczesnego menedżera, Billy’ego Gaffa poznałem Giorgio Morodera (słynny producent muzyczny i filmowy – przyp. red.). To chyba wyglądało tak, że najpierw zjadł z nim bardzo dobry obiad, poopowiadali sobie kilka świetnych rock’n’rollowych opowiastek, a potem Billy wspomniał, że już niedługo będę najlepszym, co przytrafiło się światu od czasów krojonego chleba. Cokolwiek mu powiedział, zadziałało. Po kilku tygodniach Giorgio zadzwonił do mnie proponując nagranie tej piosenki, a ja aż miałem dreszcze. Jak się niestety okazało, już po nagraniu kawałek nie spodobał się wytwórni EMI. Dlatego Billy pojechał do nich razem ze mną. Pamiętam jak stałem za drzwiami nasłuchiwałem jego rozmowy z ówczesnym dyrektorem wytwórni, więc naprawdę ważny koleś. A mój menedżer krzyczał na niego: „Nie mów mi, ku**a, że Ci się nie podoba ta pier***ona piosenka!”. I tak co drugie słowo. Ja z nerwów obgryzałem paznokcie i myślałem sobie: „Chryste, za chwilę mnie wyrzucą z wytwórni przez niego”. Ale ostatecznie Billy powiedział do niego: „Wsiądziesz ze mną do pier***onego samolotu, za co zapłacę, i polecimy do Niemiec. Tam obejrzysz ze mną ten je**ny film i spróbuj powiedzieć, że Ci się, ku**a, nie podoba ta piosenka!”. To był cudowny moment, bo okazało się, że Billy miał rację. A co do reszty, to nigdy nie masz pewności, czy twoja piosenka stanie się hitem, który przetrwa dekady. Bardzo łatwo byłoby usiąść tu i powiedzieć Ci: „Tak, od razu wiedziałem, że to będzie przebój, bla, bla, bla”. Ale to nie byłaby prawda. Poza tym, w ostatni weekend widziałem, że grali ten film w telewizji. Oczywiście poleciała też piosenka, to naprawdę super przeżycie.

W walentynkowy weekend będziesz występować naszym kraju podczas „Ejtis Show”. Który to już twój raz w Polsce, piąty?

Limahl: Nawet więcej, 7 albo 8.

No to chyba Ci się u nas podoba...

Limahl: Oczywiście! Zawsze miałem w Polsce bardzo pozytywny odbiór. To cudowne uczucie, być gdzieś popularnym. Co więcej, 4-5 lat temu zostałem zaproszony przez polską społeczność w Chicago do wystąpienia na specjalnym koncercie sylwestrowy. Bardzo mile to wspominam. Natomiast występując na jednym z waszych festiwali zostałem otoczony naprawdę miłą opieką, oraz zaproszony na elegancką imprezę po koncercie. Za takie rzeczy można być tylko wdzięcznym. Mam mnóstwo czasu dla Polski.

Jaki są plany na przyszłość Kajagoogoo?

Limahl: Nagraliśmy na razie EP-kę z czterema utworami. To było dla nas bardzo ważne, ponieważ nasz comeback nie miał by sensu, gdybyśmy nie byli w stanie znowu wejść do studia i czegoś stworzyć. Całość nie może się opierać na wykonywaniu starych kawałków , odcinaniu kuponów. Wiesz, bycie częścią zespołu to szczególna sprawa. Owszem, muzycy sesyjni są profesjonalistami, ale być elementem takiej grupy to to zupełnie inny rodzaj zabawy. Świetnie się razem rozumiemy, dużo rozmawiamy o ostatnich 25 latach, czuję że jeszcze długa podróż przed nami.

Alko/ fot. AKPA
oceń
9
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN
Ocena: -6 [6]
~krytyk [2009-02-10 07:44]

To dopiero "ciekawe"
Umieram z ciekawosci jakiz to on moze miec dzwonek. W ogole caly artykul powala. Skomentowalem bez czytania, bo szkoda na to pradu.

odpowiedz

pokaż 3 ukryte odpowiedzi

Ocena: -2 [2]
~fan mahlera i ... [2009-02-10 10:08]

a ja wprost przeciwnie
nie posiadam w swojej n.... dzwonka ze swoją melodią. mnie gra h.hancock i cameleon.

odpowiedz