Z Patrycją Markowską spotkaliśmy się, by porozmawiać o reedycji jej ostatniego krążka. Przy okazji wokalistka opowiedziała nam, jak udaje jej się pogodzić macierzyństwo z muzyczną sceną i jak śpiewa się w duecie z Grzegorzem Markowskim.
Galeria zdjęć Patrycji Markowskiej

Często w artykułach na Twój temat pojawia się przymiotnik drapieżna. Czy właśnie taka jest Patrycja Markowska?
Patrycja Markowska: Każda kobieta ma w sobie coś z kameleona i zależy kto jaką strunę poruszy. Fajnie, jak kobieta mieni się różnymi kolorami. Jeśli ktoś pisze, że jestem drapieżna to na pewno był na moim koncercie (śmiech). Na scenie rzeczywiście budzi się we mnie drapieżca. Gramy na żywo, jest dużo gitar, koncerty są bardzo rockowe i dynamiczne. Ale powiem Ci, że z wiekiem trochę złagodniałam. Nie wiem, czy to za sprawą macierzyństwa, czy za sprawą czasu. Coraz bardziej lubię śpiewać spokojne piosenki, ballady, wykorzystywać instrumenty typu skrzypce, pianino. Co więcej - stacje radiowe również rządzą się swoimi prawami. Na single wybierane są piosenki delikatne, stonowane. Chociażby tak jak ostatnia. Na reedycji płyty pojawiły się trzy nowe piosenki. Dwie dynamiczne i ostre, a na singla poszedł numer bardziej nastrojowy – „Deszcz”. Różnie bywa.

Dlaczego zdecydowałaś się na reedycję płyty, a nie na nowy album?
P.M.: Zostałam mamą w swoim najgorętszym okresie zawodowym. Wszystko zbiegło się w jednym czasie. Mimo tego, że na pierwszym miejscu czuję się mamą i chcę się cała oddać Filipowi, cały czas przychodzą nowe pomysły na muzykę. Ale wiesz, żeby stworzyć całkiem nową płytę od a do zet to trzeba mieć zarówno dużo czasu jak i energii. Dlatego na nową płytę trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Ponieważ powstały trzy nowe piosenki, to stwierdziliśmy, że fajnie byłoby zrobić reedycję. Na początku nie byliśmy do końca przekonani. Mam tu namyśli siebie, wytwórnię, muzyków. Jednak okazało się, że mamy tyle ciekawych materiałów w postaci teledysków, radiowych wersji piosenek, making offów z trasy, z tego co się działo w moim pokoju hotelowym, w garderobie, za sceną, że ta reedycja musiała wyjść. Tych niespodzianek było tyle, że stwierdziliśmy, że lepiej dać ludziom reedycję, a potem pozwolić od siebie odpocząć.