szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy


więcej o...

29 MarcaNajnowsze wiadomości

29 Marca Najnowsze plotki

Wywiad z Fatboy Slimem

2002-03-25   A A A
 

FATBOY SLIM czyli NORMAN COOK jest atystą, którego nie trzeba przedstawiać. Jednego z najlepszych DJ'ów znają wszyscy wielbiciele nowoczenych bitów. Ostatnia produkcja FATBOY SLIMA to płyta z zapisem koncertu, który odbył się na plaży w Brighton. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z artystą.

- Na początek opowiedz parę słów o swoim nowym albumie ‘Live On Brighton Beach’.

- Wiedziałem, że o to poprosisz! (śmiech) Najnowszy album to skrócona wersja mojego setu z plaży w Brighton – najlepszego, jaki kiedykolwiek zagrałem. Przed największą, bo ponad 40 tysięczną publicznością i z najpiękniejszym widokiem, jaki miałem zza gramofonów. Sam rozumiesz: tłum ludzi tańczących na piasku, w wodzie, na przycumowanych łodziach… Niedaleko sceny był też hotel, na którego balkonach dostrzegłem też tańczących biznesmenów, takich w garniturach i z teczkami. Jak wspomniałem, usłyszeć będziecie mogli skróconą wersję całego setu, bo na wykorzystanie niektórych tracków na płycie nie udało się nam zdobyć pozwoleń. Udało nam się jednak zachować klimat całej imprezy, więc sądzę, że powinniście natychmiast iść i ją kupić! (śmiech)

- Który fragment setu uważasz za najciekawszy?

- Komunikat policji, przerywający mój występ gdzieś tak mniej więcej w połowie. Byliśmy uprzedzeni, że w trakcie imprezy może nadejść przypływ. Specjalnie więc na tą okazję powierzchnię do tańczenia poszerzono o przebiegającą wzdłuż plaży drogę, żeby w razie czego było się gdzie ewakuować. Jednak pod samą sceną, gdzie znajdował się m.in. sektor VIP było to jednak technicznie niemożliwe, bo tam wybudowane przeszkadzało jakieś wysokie ogrodzenie. Poza tym cześć ludzi od początku tańczyła po pas w wodzie, tak więc kiedy zaczął rosnąć poziom wody, sytuacja stała się po prostu niebezpieczna. Pamiętam, że kiedy poproszono mnie o wyłączenie muzyki, żeby ogłosić ten komunikat, byłem pewien, że wszystko wymknęło się spod kontroli i oznacza to koniec imprezy – dookoła był przecież tłum niemal nie do opanowania. Wyłączyłem muzykę, policja kazała wszystkim obecnym przesunąć się w głąb plaży i był to warunek kontynuowania imprezy. "Ufff… - pomyślałem wtedy – czyli to jednak jeszcze nie koniec!" i po chwili, kiedy włączyłem muzykę, z tysięcy gardeł rozległo się jedno wielkie "Yeeeaaah!". Tak więc ten moment uważam za najciekawszy. No bo czy znacie jeszcze jakieś mix-albumy, które w środku mają autentyczny komunikat policyjny?!

- Jak się czułeś grając przez takim tłumem na plaży i to w dodatku w twoim rodzinnym mieście?

- To tak jak bym się unosił jakieś 2 metry nad powierzchnią ziemi. Serio! Kilka dni wcześniej już się zaczynałem denerwować przez tym występem, sprawdzałem nawet jaka będzie pogoda. Snuło się za mną też jakieś straszne przeczucie, że ktoś utonie podczas mojej gry. Wiesz, podczas takich imprez jest mnóstwo pijanych osób, które nie do końca umieją się kontrolować. Bałem się, że nie pojawi się więcej niż 10 tysięcy osób i wszystko okaże się jednym wielkim niewypałem. Okazało się jednak, że w dniu imprezy i pogoda dopisała, i zjawili się wszyscy akredytowani dziennikarze i każdy pociąg z Londynu do Brighton jechał wypełniony po brzegi ludźmi podążającymi na mój set. Wtedy z kolei wpadłem w małe przerażenie. Publika dopisała tak, że dla bezpieczeństwa konieczne było zamknięcie pobliskiej drogi. Do momentu wejścia na scenę piekielnie obawiałem się, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nawet godzinę przed występem ręce trzęsły mi się na tyle, że nie byłem w stanie prowadzić samochodu. I kiedy wszedłem na scenę, usłyszałem reakcję ludzi – w końcu grałem przecież w swoim rodzinnym mieście – cała trema znikła natychmiast. Podniosłem ręce do góry i pomyślałem sobie: Szykuje się całkiem niezła impreza!

- Przed innymi występami też odczuwasz taką tremę?

- Nie, to zupełnie co innego. Normalnie nie mam tremy, jestem DJ’em już od ponad 25 lat i zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Chyba że jest to wyjątkowo ważny występ a np. DJ, który grał przede mną ostrzega, że jak stanę w złym miejscu, to będzie przeskakiwał gramofon. Wtedy ogarnia mnie nerwówka, ale to naprawdę sporadyczne przypadki. Bardziej boję się wychodzić na scenę i odbierać jakieś nagrody, bo to tego ciągle jeszcze nie zdążyłem się przyzwyczaić. Podobnie z niektórymi wywiadami telewizyjnymi. Dygotałem przez występem u FRANKA SKINNERA, był to mój pierwszy udział w telewizyjnym ‘chart-show’. Ale DJ’ować mogę nawet przez sen. To mnie wcale nie stresuje.

- Jaki jest twój wkład w wideoklipy, które firmujesz potem swoim nazwiskiem?

- Szczerze powiedziawszy – dość mały. W przypadku 'Weapon Of Choice' polegało to na tym, że dostałem do ręki dziesięć scenariuszy, z których miałem wybrać jeden do realizacji. Niektóre miały po trzy strony i szczegółowo opisywały fabułę, postacie, snuły historie tych postaci itd. Generalnie więc nie byłem z nich zadowolony, aż na końcu trafiłem na scenariusz od Spike’a Jonze’a. Ten to dopiero był zwięzły: "Filmowanie tańczącego Christophera Walkena". Natychmiast zdecydowałem się na ten właśnie klip. Na tym w zasadzie kończy się moja rola. Nie jestem dobry w wizualizowaniu swojej muzyki, nie zajmuję się poszukaniem pomysłów na klipy - wystarczy, że za nie płacę i decyduję, kto ma je robić. To dlatego dziwnie czuję się odbierając nagrodę za Najlepszy Klip – bo nie dość, że nie ma mnie na planie podczas jego kręcenia, to nawet nie mam swojego udziału na żadnym twórczym etapie jego produkcji. Ja tylko robię muzykę i płacę za wykonanie do niej obrazka.

- A jednak to już coś.

- Ale to nic trudnego. Przekonanie Christophera Walkena do tańca było chyba trudniejsze. Spike spotkał kiedyś Christophera i wdali się w dłuższą pogawędkę. To wtedy Chris przyznał się, że zanim został aktorem marzył o karierze tancerza, m.in. pod wpływem filmów z Fredem Asterem. Zastanawiał się czy kiedyś jeszcze uda mu się zatańczyć przed kamerą, bo czuje się na tyle młody, żeby to zrobić. Wtedy Spike złapał za telefon, zadzwonił do mnie i zapytał – „Norman – co powiesz na tańczącego Christophera Walkena?” Odpowiedziałem „Dobra!” i już za chwilę proponował Chrisowi spełnienie jego marzenia. Jak widać był to rewelacyjny pomysł, choć na początku zupełnie sobie tego nie wyobrażałem. Wszyscy się pytali – jaki jest Christopher Walken? A ja nie miałem bladego pojęcia, bo nigdy wcześniej się nie widzieliśmy. Kiedyś miałem się pojawić na kilka sekund w jednym z jego filmów, ale plan zdjęciowy wypadł akurat w dzień urodzin mojego syna i nic z tego nie wyszło. Poznałem go dopiero na ceremonii rozdania American Music Awards. Okazał się nawet mniej przerażający, niż się myślałem...

- Wytwarza wokół siebie bardzo niesamowitą atmosferę…

- Zrobiłem o nim nawet mały wywiad wśród znajomych i usłyszałem całkiem zaskakujące historie. O tym, że np. podczas kręcenia któregoś filmu na planie nie odzywał się do nikogo innego, tylko do reżysera. Nieważne, czy ktoś proponował mu nawet kawę czy herbatę – ignorował dosłownie wszystkich. Słyszałem, że jest kimś nie tyle trudnym, ile niezwykle poważnym. Ale w rozmowie okazał się bardzo sympatyczny. Podejrzewalibyście, że interesuje się piłką nożną?! Wszystko zaczęło się od tego, że dostał do przeczytania scenariusz o angielskich pseudo-kibicach i kiedy bardziej zaczął się nimi interesować, wciągnął go temat futbolu. Pamiętam, jak podczas tej ceremonii siedzieliśmy obok dziewczyn z Destiny’s Child i rozprawialiśmy o drużynie Chelsea!

- Opowiedz jak zachowywał się podczas tej uroczystości.

- Przede wszystkim cały czas zastanawiał się ‘jak on się tam w ogóle znalazł’. Imponowało mu, że znajdował się w otoczeniu supergwiazd. Dla mnie to normalka, bardzo często umawiam się z jakaś ‘bardzo znana gwiazdą rocka’ na lunch, a on odwracał głowę za każdą przechodzącą osobą, często nawet nie wiedząc, kto to był. Poza tym przywykłem do tego, że dzwonią do mnie różne znane osobistości. Nieraz telefon odbiera nasza niania, przepraszam: osobista asystentka Woody’ego, i cała zestresowana przekazuje mi, że na linii czeka właśnie taka a taka gwiazda.

- Ostatnie lata możesz zaliczyć do bardzo udanych…

- Jeżeli miałbym porównywać, to najbardziej udany okres miałem chyba trzy lata temu. Wtedy szturmowałem wszystkie listy przebojów i tabele sprzedaży. Po intensywnym okresie promocji ‘You’ve Come A Long Way Baby’ przyszedł czas na ślub, urodził się Woody i nagle stwierdziłem, że dłużej nie zniosę już takiego tempa. Zoe (żona Normana – przyp. tłum.) też zawiesiła prowadzenie swojego programu ‘Breakfast Show’ w BBC i przeprowadziła się do mnie. Dla mnie rachunek jest prosty – mniej pracuję, mniej sukcesów odnoszę. Mogę za to winić samego siebie.

- Ale będąc już tyle czasu ‘na topie’, masz czas na zastanowienie się nad wszystkim, czego do tej pory dokonałeś…

- Dwa lata temu odpowiedziałbym, że nie czuję się dobrze z tym co robię, praca wykańcza mnie psychicznie, za bardzo się poświęcam itd. Do czego prowadzi przepracowanie widać ostatnio na przykładzie Mariah Carey. Zoe i ja nieświadomie doprowadzaliśmy się do podobnej sytuacji, aż nagle, w dobrym momencie udało nam się zastopować. Pomyśleliśmy: „Tyle już osiągnęliśmy, jesteśmy jednymi z najlepszych w swoim fachu – postarajmy się więc utrzymać na tym szczycie, ale zdejmijmy trochę nogę z gazu. To, że mamy Woody’ego, też nie mobilizuje nas już do wypruwania z siebie flaków dla kariery. Zawsze mówiłem, że wolę być na 9. a nie 1. miejscu list przebojów – tam jest po prostu bezpieczniej.

- Czyli bycie tatą nie zmieniło specjalnie twoich planów życiowych?

- Nie, a to dlatego że nigdy nie zaczynam pracy przed 9 wieczorem. Do studia nie wchodzę przed 20, a kiedy występuję jako DJ, dom opuszczam po 21. Woody kładzie się spać zawsze około 20, więc staram się jeszcze wtedy przy nim być. Ale przyznaję, że rano rzadko widzi mnie na nogach…

- A czy bycie kochającym mężem i ojcem wpłynęło na sposób, a jaki postrzegasz muzykę?

- Tak, ale w zupełnie odwrotny sposób. Bałem się, że nagle zacznę robić piosenki o tym, jak jest pięknie, o wycieczce do zoo czy nawet o Woody’m. Ale ponieważ dni powszednie spędzam głównie w domu, po raz pierwszy od 5 lat zaczynam odczuwać ten piątkowy, imprezowy nastrój – wcześniej ‘piątkowe imprezy’ grałem codziennie. To uświadomiło mi, po co w ogóle istnieje muzyka taneczna. Jeżeli przez cały tydzień pracujesz w jakimś nudnym biurze, to weekend jest po to, żebyś fajnie się ubrał, poszedł do klubu i tam przez kilka godzin był kimś naprawdę wyjątkowym! Seks, lekkie pijaństwo – cokolwiek przyjdzie ci do głowy! Wydaje mi się, że odnalazłem sens istnienia muzyki tanecznej i ta, którą tworzę ostatnio, jest bardziej zabawowa, optymistyczna. Wcześniej grałem zupełnie inaczej. ‘You’ve Come…’ przypominało bardziej komedię slapstickową. Przez obserwację z boku, paradoksalnie lepiej zrozumiałem, co się dzieje wewnątrz tej kultury.

- Potrafisz teraz określić, jaką muzykę wykonywałeś kiedyś?

- Rytmiczny, skomplikowany house z niewielką szczyptą dobrego humoru. Kiedyś określano mnie nawet jako ‘Króla Big-Beatu’ czy ‘zakręconego wujka the Chemical Brothers’. Teraz wydaje mi się, że zacząłem grać muzykę, która nie zostanie szybko zapomniana i będzie żyła własnym życiem jeszcze bardzo długo. Nawet jeżeli chwilowo się znudzi, ale potem wróci jak bumerang.

- A do czego będzie się tańczyć w najbliższym czasie?

- To wasza, nie moja działka. Od przewidywania trendów są dziennikarze.

- Czy pracujesz teraz nad jakimiś nowymi kawałkami?

- Nie. Przez jakiś rok chcę odpocząć od wszystkiego, co wiąże się z Fatboy Slimem. Wyzwolić się z rutyny, otaczającej wydawanie każdego kolejnego albumu czy singla. Każda płyta to dla mnie średnio sześć miesięcy intensywnej promocji – podróżowania, pokazywania się, udzielania wywiadów – czyli tego, czego nie robię zazwyczaj. Zamierzam skupić się na soundtrackach. Niedawno zamieściłem swoje utwory na ścieżkach do Moulin Rouge i Tomb Radier, a teraz pracuję nad kawałkiem z Eve do filmu 'Blade 2'. Ale marzy mi się zrobienie muzyki do całego filmu, ścieżki dźwiękowej z prawdziwego zdarzenia. Przekopuję się teraz przez różne scenariusze, ale jeszcze nic nie wiadomo. To trochę jak tracenie dziewictwa – boję się, że jeżeli pierwszy raz nie będzie udany, a takie rzeczy się zdarzają, to przez następne parę lat będę się bał zbliżyć do tego tematu. Pisanie muzyki do filmu trwa w sumie osiem miesięcy, więc gdybym już po dwóch doszedł do wniosku, że dany film to klapa, to następne sześć byłoby dla mnie męczarnią. Mam też w planach nagranie utworu na płytę z Piłkarskich Mistrzostw Świata Japonia Korea 2002. To będzie łączenie interesów z przyjemnością, bo nigdy nie miałem okazji oglądać Mistrzostw na żywo i wiem też, że jestem bardzo popularny w Japonii. Mogę tam grać koncerty w miastach, w których dzień później grać mecze będzie drużyna angielska. Przygotowuję też specjalny utwór na ceremonię otwarcia. Na pewno będzie to miłe dla wszystkich angielskich SPOKOJNYCH, a nie pijanych, kibiców, jeżeli będą dzień przed meczem będą mogli wybrać się na mój show. Poza tym, jak już wspomniałem, mam wielu fanów wśród Japończyków. Byłem w Japonii już jakieś dziesięć razy, ale z powodu różnicy czasów każda wolną chwilę przesypiałem, więc oprócz samych miast, niewiele udało mi się zobaczyć. Marzy mi się spędzenie miesiąca w kraju, gdzie grałbym sety, chodził na mecze i jadł sushi...

- Podobno kiedyś podczas twojego występu bezpieczeństwa bronił cały kordon policji. Czy to miało miejsce właśnie w Japonii?

- Nie, to akurat zdarzyło się w Chinach. Byłem drugim DJ’em, po Paulu Oakenfoldzie, któremu zezwolono na występ w tym kraju, władze nie do końca wiedziały więc czego się po mnie spodziewać. Pamiętam, że grałem w jakimś bardzo ciasnym klubie, na zewnątrz stała masa dzieciaków, którym się nie udało wejść do środka. Już samo to wzmogło czujność policji, bo w Chinach się przecież panicznie boją jakichkolwiek zgrupowań. W którymś momencie policjanci weszli do klubu i widząc bawiących się ludzi, od razu całym kordonem odgrodzili mnie od publiczności. Żeby cokolwiek zobaczyć musiałem się nieźle wychylać zza gramofonów i tłumaczyć, że wszystko jest w porządku, że nikt nie próbuje mnie skrzywdzić i że ludzie się po prostu tak bawią! Tak czy inaczej, nagle policja stwierdziła, że sytuacja wymyka się spod kontroli i poproszono mnie, żebym puścił coś wolniejszego, najchętniej jakaś balladę. Powiedziałem: "Nie ma mowy, nie gram na zamówienie!" Wtedy kazano mi całkiem wyłączyć muzykę, na co ostrzegłem organizatora, że to dopiero spowoduje prawdziwe zamieszki. Ludzie w końcu przyszli, żeby mnie zobaczyć, zapłacili za bilety i kończenie grania po pół godzinie tylko by ich rozjuszyło. Nigdy chyba się tak nie wkurzyłem, jak wtedy, kiedy jacyś ludzie zaczeli chodzić po scenie i poszturchiwać mnie, żebym kończył grać. W końcu powiedziałem, że dopóki nie przystawi mi się broni do głowy i nie każe wyłączyć muzyki, to po prostu tego nie zrobię i koniec. Kiedy po chwili otrzymałem odpowiedź od policji, że gotowi są to zrobić dla dobra sprawy, wymiękłem, podziękowałem za występ i zszedłem ze sceny. Najszybciej jak mogłem. Organizator zwalił później wszystko na złe warunki techniczne, bo nie dość, że imprezę sponsorowała sieć Virgin, to we wszystko zaangażowany był jeszcze tamtejszy oddział British Council. Ale tak czy inaczej, to nie był występ mojego życia. Miewałem już lepsze sety…

- A który był tym najlepszym?

- Występ na plaży w Brighton, co do tego nie mam wątpliwości. Nie wiem czy kiedykolwiek uda mi się powtórzyć ten sukces. Nigdy nie grałem przed tak liczną publiką, nigdy jeszcze nie widziałem tak wspaniałej reakcji z jej strony. I pomyśleć, że grałem u siebie w domu! Nie było żadnych wpadek, kłopotów technicznych… tak więc myślę, że podobną imprezę uda nam się zorganizować także w tym roku. Może w ogóle będzie to impreza cykliczna? Taką, która umieściłaby Brighton na mapie najbardziej rozrywkowych miejsc w Anglii, kto wie?! Już otrzymałem wstępna ofertę na występ na plaży w tym roku. Ale wiem, że nie ma szans przebić pierwszej imprezy z tego cyklu.

- Dlaczego tak sądzisz?

- To jest fizycznie niemożliwe. W zeszłym roku zatłoczone były już cała plaża i molo, ludzie tańczyli nawet na pobliskiej drodze, więc nawet gdyby przyjechało ich dwa razy tyle, nie mieliby po prostu gdzie tańczyć. Chyba, że w wodzie zacumowano by jeszcze więcej łodzi (śmiech). Oczywiście, można by usprawnić kilka szczegółów technicznych – ostatnim razem główną atrakcją wizualną był kilkunasto metrowy ekran za moimi plecami, na którym wyświetlane były jakieś prezentacje. Teraz zamiast ekranu można by pomyśleć np. nad odpowiednim ustawieniem świateł.

- Wszystko zależy od pieniędzy sponsora…

- W tej sprawie też już ponoć trwają rozmowy. Ale jeżeli znajdzie się jakaś chętny do sponsoringu producent wódki, to… wiecie, gdzie dzwonić (śmiech)! Tak więc uważam, że z załatwieniem tego nie powinno być problemów. Trzymam kciuki, żeby się udało!

- Jesteś artystą, który lubi się zabawić…

- Bez wątpienia!

- …widzisz więc siebie - za parę lat - bardziej jako Micka Jaggera, czy Paula McCartneya?

- A nie mogę wybrać nikogo spomiędzy ich dwóch? To nie wiem… Nie chcę być takim DJ’em, któremu wszyscy liczą zmarszczki na twarzy, czy takim, po którym nie wiadomo, czy dożyje do końca własnego setu. Z drugiej strony nie mam jeszcze ochoty usuwać się w cień, czy zajmować całymi dniami grać w golfa. W którymś momencie zacznę występować po prostu coraz rzadziej, ale będzie to bardzo stopniowy proces. W pewnym wieku podróże dają ci się w kość coraz bardziej. Może nastąpi to za 10, może za 15 lat, trudno powiedzieć. Ale i tak zawsze będziecie mnie mogli zobaczyć w londyńskim klubie Boutique. A wracając do twojego pytania – szanse, że dożyję wieku Micka Jaggera są raczej nikłe… (śmiech)

- Co jest twoim najbliższym artystycznym wyzwaniem?

- Tak jak mówiłem, napisanie muzyki do filmu. Najchętniej kogoś takiego kalibru, jak Martin Scorsese. Ale przyjaźnię się z Romanem Coppolą, synem Francisa Ford Coppoli, który reżyserował teledysk do 'Gangster Tripping', nie wiadomo co z tego wyniknie. Może napiszę muzykę do jakiegoś filmu jego siostry, Sofii, która sławę zdobyła dzięki głośnemu 'The Virgin Suicides'. Chciałbym napisać coś do kolejnej produkcji braci Coen albo Spike’a Jonze’a. Mam nadzieję, że nie wypalę się do czasu otrzymania od nich takiej propozycji. Bo najważniejsze, to usunąć się w cień wtedy, kiedy ma się najwyższe notowania… Nie chciałbym być jak…

- …Mick Jagger?

- Nie, to nie o nim myślałem. On akurat nadal jest uwielbiany i gra świetne koncerty. Myślałem raczej o członkach grup popularnych w latach 80. i teraz próbujących za wszelką cenę odnowić swoją popularnością, przez jakieś reaktywacje i reedycje płyt itd. Nie powinno się tego robić.

- I na koniec klasyczne pytanie: twoja recepta na sukces?

- Nie jestem muzykiem. Kiedy słucham czegoś, od razu zastanawiam się, czy to jest chwytliwe, czy nie. Mam dar nagrywania kawałków, które zwracają uwagę ludzi. To niesamowite, że słysząc coś po raz pierwszy, od razu umiem wyczuć, co to będzie hitem, a co nie. Nagrywając płytę eksperymentuję z brzmieniami tak długo, żeby w końcu otrzymać te najbardziej przebojowe. I na tym chyba polega mój talent, wykorzystywany przy pracy producenta, DJ’a czy kompozytora. Mam trafne ucho. I dobrze ubezpieczone…

Na podstawie materiałów promocyjnych: Sony Music
Sony Music
oceń
0
0
Podziel się
  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!