Na koncie mają kilkanaście wielkich hitów. Choć czas płynie nieubłaganie ani myślą schodzić ze sceny. Po czterech latach przerwy formacja BLONDIE powraca z nową płytą. Płyta zatytułowana 'The Curse of Blondie' pilotowana jest przez kolejny wielki przebój 'Good Boys'. Nie wiemy w jakich skarpetach chodzą muzycy BLONDIE, ale od lat cieszą się popularnością w środowisku gejowskim. Więcej na ten i nie tylko ten temat dowiecie się z wywiadu przeprowadzonego we wrześniu 2003 roku.
Skąd wziął się pomysł na taki tytuł?
DEBBIE HARRY: To coś co się zawsze powtarzało. Jak refren. Kiedy w kapeli nie działo się najlepiej, czy coś nam nie wychodziło, albo nas zaskakiwało mówiliśmy: to klątwa Blondie! Kiedy zaczęliśmy myśleć o tytule, mieliśmy na uwadze kilka, na przykład Phasm, jednak finalnie zdecydowaliśmy się na 'The Curse Of Blondie'.
CLEM: Z pewnością w tym tytule da się odczuć odrobinę ironii.
DEBBIE HARRY: Dla mnie zawsze miało to posmak zabawy trochę melodramatycznej... Klątwa Blondie - ot taki żarcik.
Dlaczego nagranie tej płyty pochłonęło tak dużo czasu?
DEBBIE HARRY: Wydaje mi się, że zaczęliśmy pod koniec 2000 roku, ale właściwa sesja odbyła się dopiero w 2001. Skończyliśmy w okolicach września/listopada. A potem jakoś straciliśmy do tego serce.
CHRIS: Ukończenie tej płyty zajęło rzeczywiście mnóstwo czasu. Większość płyt, które nagraliśmy na przestrzeni lat zajmowało nam co najwyżej 4 do 5 miesięcy i ta, której przygotowanie trwało 2 i pół roku – choć rzecz jasna nie siedzieliśmy tyle w studio - jest swojego rodzaju rekordzistką.
CLEM: Z pewnością miała na to wpływ zmiana wytwórni, która była procesem dość żmudnym. Teraz jesteśmy w Sony International, co jest wspaniałe, a singla 'Good Boys' zarejestrowaliśmy w ciągu ostatnich 6 miesięcy
Co możecie powiedzieć o okładce płyty 'The Curse of Blondie'?
CHRIS: Na okładce poprzedniej płyty dominowały kolory niebieski i biały i kiedy nadszedł czas na przygotowanie nowej w tym czerwonym odcieniu. Facet, który zrobił zdjęcia tych płomieni, wybrał jedno, które miało niesamowity, mistyczny wręcz klimat. Tak jakby fotografując uchwycił na zdjęciu ducha ognia. On wierzy w takie rzeczy.
DEBBIE HARRY: Tak, znał pewnego człowieka, który pracuje z ogniem, pisze ogniem, jest połykaczem ognia i performerem. Pojechał po niego, przywiózł na sesję zdjęciową, na której on robił te wszystkie swoje ogniowe sztuczki. W końcu wyszło mu takie stworzenie, ogniste stworzenie, choć nie zdawał sobie z tego sprawy dopóki film nie został wywołany. Jak to obejrzał, był zaskoczony, a my wykorzystaliśmy to zdjęcie.
Jaka jest różnica między nowym albumem, a waszymi wcześniejszymi płytami?
DEBBIE HARRY: Jest bardziej wyrafinowana, opowiada o teraźniejszości. To znaczy nie mam na myśli, że próbujemy kreować płytę Blondie, korzystając jedynie z naszej reputacji sprzed lat. Próbowaliśmy nagrać album, który będzie częścią naszej teraźniejszości. Tego jak myślimy i żyjemy teraz.
CHRIS: Myślę, że nasze starsze płyty, jak na tamte czasy, były dość wyrafinowane, a my zawsze staraliśmy się robić coś, co było inne, coś co miało wstrząsnąć sceną. I ta płyta też taka jest. Ale minęło 20 lat, w ciągu których style muzyczne wielokrotnie powtarzały się w różnych konfiguracjach. To jasne, że w tej sytuacji nie jest łatwo zaproponować coś, czego nikt jeszcze nie słyszał.
DEBBIE HARRY: Myślę, że w tej chwili jesteśmy w stanie pod każdym względem dać z siebie dużo więcej niż kiedyś. Piszemy lepsze piosenki i dajemy lepsze koncerty.
JIMMIE: Ta płyta jest kontynuacją czegoś, co rozpoczęliśmy już dawno. Stawaliśmy się zespołem eklektycznym, który może zagrać wszystko. I generalnie taka jest ta płyta.
Jak to jest być ikoną pop kultury?
DEBBIE HARRY: Hmm…kiedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że osiągnęliśmy ten status wydaje mi się, nie wiem, że nasza aktywność sceniczna raczej się obniżyła. I wtedy nagle uderzyło mnie to, że nagle ludzie zaczęli mnie postrzegać w inny sposób. Zdałam sobie sprawę, że jeśli wytrwasz na scenie dostatecznie długo i uda ci się utrzymać przyzwoity wizerunek, to jesteś OK, stajesz się ikoną. I tak właśnie się stało w naszym przypadku.
CLEM: Dorzuciłbym do tego odrobinę godności i prawości.
DEBBIE HARRY: Tak.
CLEM: O to właśnie chodzi. I kiedy będziesz pisał podanie o pracę możesz zaznaczyć, że byłeś ikoną pop kultury.
DEBBIE HARRY: Wyciągnęłam z tego dla siebie same dobre rzeczy i chyba dzięki moje życie w przeciwieństwie do tytułu naszej płyty nie jest obciążone klątwą. Oczywiście płyta jest o sprawach bardzo ważnych jest, jak powiedział kiedyś Rupert Pumpkin: "Ważne jest, by naprawdę syfiaste rzeczy, które przydarzają nam się w życiu umieć zamienić w żart." Wiesz, to jest naprawdę genialny sposób na życie. Kiedy zdałam sobie sprawę, że zawsze był we mnie jakiś mroczny głos, który odzywał się we mnie w ten sposób (głęboki pomruk), wiedziałam, że tak naprawdę nie pracowało to dla mnie. I nie wiem, czy ma to jakiś związek, z tym jak widzi cię publiczność, jak cię odbierają. Być może ma.
Opowiedzcie coś o pierwszym singlu 'Good Boys'?
DEBBIE HARRY: Ma tytuł 'Good Boys'. Jest to bardzo prosta piosenka pop z przyjemną melodią i fajnym tekstem. Typowa rozrywkowa rzecz.
CHRIS: Ten utwór bardzo mi się podoba. Myślę, że to z pewnością może być hit.
Jak doszło do współpracy z Jonasem Akerlundem, który zrealizował klip?
DEBBIE HARRY: Dlaczego zdecydowaliśmy się, żeby Jonas zrobił nam klip? Pracowałam z nim przy jego debiucie fabularnym 'Spun'. Grałam tam niewielką rólkę. Bardzo podobały mi się jego filmy wideo. I po zakończeniu pracy nad filmem 'Spun' wiedziałam, że jego ironiczne poczucie humoru i szybki sposób pracy będzie tym co najlepsze dla naszego klipu. To bardzo stanowczy facet, a ja lubię pracować z takimi ludźmi. Dobrze wie, co robi, ufa swojemu instynktowi, ale jest odpowiedzialny, bardzo uważny i staranny. Dzięki temu praca z nim szła szybko, co bardzo mi odpowiada. Rzucaliśmy różne pomysły i w końcu powiedzieliśmy – zobaczmy, czy Jonas będzie zainteresowany tą robotą. I wszystko wyszło idealnie.
Kto był autorem koncepcji klipu 'Good Boys'?
CHRIS: To wideo to była terapia dla Debbie.
DEBBIE HARRY: Terapią był raczej film, który zawsze bardzo lubiłam. Mało znany, niemy film, w którym w Hollywood zadebiutował Lon Chaney. To po tym filmie Hollywood się nim zainteresowało na poważnie. Chodzi o 'He Who Gets Slapped' ("Ten, którego policzkowano"). Dla mnie ten film miał w sobie jakieś nieokreślone piękno, był bardzo dziwny. Wspomniałam o nim Jonasowi. Chciałam, żeby coś z tej atmosfery uchwycić w naszym klipie. To historia o porządnym facecie, który się zatraca. Od tego właśnie zaczęliśmy. Ponieważ reżyserem tego filmu był Szwed Jonas wybrał się do Szwedzkiego Instytutu Filmowego i tam go obejrzał po raz pierwszy. Zadzwonił do mnie zachwycony twierdząc, że musimy to zrobić, że to naprawdę jest świetne.
Jak wam się udało trzymać razem tak długo?
DEBBIE HARRY: Siedzimy w tym biznesie ładny kawałek czasu. Zdarzały nam się wzloty, upadki i znów wzloty. Myślę, że zanim jeszcze się spotkaliśmy wszyscy mieliśmy silną motywację do działania. Nasza motywacja nie wynikała ze współpracy tylko z indywidualnej potrzeby każdego z nas. Myślę, że miało na to wpływ połączenie naszych sukcesów i indywidualnej motywacji.
CHRIS: Granie muzyki jest mocno związane z oczekiwaniami ze strony fanów. Chcą otrzymać od nas coś bardzo konkretnego. Czują się z nami związani, a my chcemy wszystkich uczynic szczęśliwymi.
CLEM: Zanim to się wszystko zaczęło, zanim się nawet poznaliśmy, mieliśmy już ze sobą wiele wspólnego pod względem muzycznym.
Jak u was przebiega proces tworzenia piosenek?
CHRIS: Praca nad utworem jest dla mnie teraz raczej wewnętrznym procesem. Jest to bardziej projekcja tego, co się dzieje w mojej głowie niż tego, co słyszę na zewnątrz. Nie próbuję tworzyć czegoś, co jest podobne do tego co się teraz słyszy. Kiedy piszę piosenkę nie myślę zbytnio o konkretnym stylu. Zwykle dzieje się tak, że gdy coś dobrze brzmi to tak już zostaje.
DEBBIE HARRY: Sporo myślę o muzykach, którzy koncentrują się na tym, żeby nie słuchać muzyki kiedy pracują. To może poważnie zakłócać twoją pracę, a nawet w jakiś sposób do niej przeniknąć. Myślę, że wielu z nas zamyka się przed tym.
Dlaczego cieszycie się tak wielką popularnością wśród gejów?
DEBBIE HARRY: Myślę, że nasza popularność w środowisku gejowskim ma wiele wspólnego z naszym statusem ikony popkultury i cała tą symboliką. To w jakiś sposób wyróżnia, taki łańcuch przypadków. Ja z początku byłam silnie związana ze sceną rockową. Był kiedyś taki utwór, który nazywaliśmy "Platinum Blond", który dotyczył wszystkich aktorek – platynowych blondynek ze srebrnego ekranu, tych wielkich gwiazd i zwykłych starletek. Myślę, że miał on na mnie ogromny wpływ. I nie tylko na mnie. Zdałam sobie sprawę, że jest to połączenie silnej seksualności z niewinnością i wrażliwością psychiczną. To powodowało, że wszystkim miękły serca.
CLEM: To było obustronne wspieranie się nas i środowisk gejowskich.
DEBBIE HARRY: Jeśli spojrzymy wstecz okaże się, że czasy, w których odnosiliśmy największe sukcesy obfitowały w różne wydarzenia. Jak choćby ruch wyzwolenia kobiet, czy walka o równouprawnienie mniejszości seksualnych. Chodziło o zachowanie własnych poglądów jako części samego siebie, tego co szanujesz i czujesz. Myślę, że stąd to się wzięło.
CLEM: Poza tym zawsze byliśmy outsiderami, a obnoszenie się z homoseksualizmem, szczególnie 20 lat temu, automatycznie czyniło cię outsiderem. Może właśnie dlatego gejom odpowiadało to, co robiliśmy. Tak jak kolesiom z Hells Angels.
Jak bardzo różnią się wasi fani na całym świecie?
DEBBIE HARRY: W dzisiejszych czasach publiczność nie różni się od siebie aż tak bardzo. Przez to, że dzięki Internetowi i MTV świat się nieco zmniejszył i muzyka zaczęła docierać prawie wszędzie.
CHRIS: Pamiętam jak wiele lat temu po raz pierwszy pojechaliśmy do Anglii byliśmy zaskoczeni tamtejszym "fizycznym" podejściem do muzyki. Na naszym pierwszym koncercie ludzie rzucali się z kąta w kąt, miotali się w szaleńczym pogo, co dla nas było kompletnym odjazdem. Byliśmy tym podekscytowani i dodało nam to skrzydeł.
CLEM: Pierwszy koncert jaki zagraliśmy z Towhead i Squeeze spotkał się z dość skandalicznym przyjęciem. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać oprócz tego, że koncert był wyprzedany, a sala wypełniona po brzegi. Ale było ekscytująco. Wiesz, jak wybierasz się do innego kraju po raz pierwszy zawsze istnieje obawa jak zostaniesz przyjęty. Zgadzam się jednak z Debbie, że w dzisiejszych czasach sposób odbierania muzyki przez publiczność zdecydowanie się umiędzynarodowił.
Jak wam się gra nowe utwory na żywo?
DEBBIE HARRY: Na trasie przygotowującej do naszego międzynarodowego tournee graliśmy już nowe utwory i było to dla nas bardzo odświeżające uczucie. Przecież przez tyle lat graliśmy stare kawałki. Teraz staraliśmy się je trochę "zreformować", żeby znów stały się dla nas interesujące, ale też żeby zabrzmiały nieco bardziej współcześnie. Kiedy zaczęliśmy grać nowe utwory byliśmy bardzo tym podekscytowani. Na trzech ostatnich koncertach zwróciłam uwagę, że publiczność z uwagą przysłuchiwała się naszym nowym kawałkom i już to, że reagowali było dla mnie miłe.
CLEM: Narodziny tej płyty były bardzo długie i myślę, że w tym momencie jest duże zainteresowanie nowa płytą Blondie. Jak już wspomniała Debbie ludzie naprawdę są ciekawi naszej nowej muzyki. I to widać na naszych koncertach. Nasze sety są teraz bardzo spójne, bo mamy rozległy repertuar, ale możliwość wsadzenia tam nowych kawałków daje nam szanse zaostrzenia koncertu, co pozwala też uniknąć monotonii. Odzew fanów był po prostu fantastyczny. A jeśli chodzi o stare numery, to właściwie nie musimy robić nic. Publika sama śpiewa wszystkie teksty i wygrywa solówki na "powietrznych gitarach". Możemy po prostu stać na scenie i pozwolić im śpiewać. I mimo wszystko jest to wspaniałe. Słyszeć to i zdawać sobie sprawę, że te piosenki są już klasyką.
JIMMIE: Tak.
CLEM: I to samo zdarza nam się teraz. To był kiedyś raczej fenomen Zjednoczonego Królestwa, ale teraz w Stanach dzieje się to samo. Czasami jest tak, że nie chce ci się już grać jakiegoś kawałka, ale kiedy czujesz jaki ta piosenka wywiera wpływ na ludzi i jakim uczuciem darzą ją fani, od razu chce ci się znowu ją grać.
Czy nie możecie się już doczekać nadchodzącej międzynarodowej trasy koncertowej?
DEBBIE HARRY: Bardzo cieszy nas fakt, że będziemy grać w Japonii i Australii.
JIMMIE: Uwielbiamy Australię.
DEBBIE HARRY: Nie byliśmy tam jakiś czas. Byliśmy w Australii chyba 3, czy 4 lata temu, a w Japonii nie byliśmy od 1978 roku, co czyni nasz powrót jeszcze bardziej interesującym. Przeglądałam jakieś książki o japońskich dzieciakach, jak się ubierają i zachowują na ulicach. Jak wychodzą z domu naprawdę wystrojeni i wyglądają świetnie.
DEBBIE HARRY: To wspaniałe, że będziemy mogli spotkać się z naszymi przyjaciółmi z Europy, z naszymi rodzinami i fanami, którzy są z nami od lat i zawsze się pojawiają. Będzie super znowu ich wszystkich spotkać.
CHRIS: Będziemy grać w bardzo różnych miejscach. Niektóre z nich na pewno będą dla nas wyzwaniem. Nie wiemy jak to będzie wyglądać. Dla mnie idealne są miejsca, gdzie gra się dla 3 tysięcy osób. Na imprezach dla 10 lub 20 tysięcy trudniej jest do każdego dotrzeć.
CLEM: Myślę, że ekscytujemy się po prostu wyjściem na scenę i popisaniem się przed publiką, bo jest to prawdziwa zabawa.