A
A
A
Trzy lata pracy w publicznej telewizji były dla mnie doświadczeniem absolutnie genialnym. Wiadomo, kasa się zgadzała i była wypłacana regularnie niczym szwajcarskie tantiemy.
Dzięki telewizyjnym apanażom mogłem poudawać szlachetnego mecenasa, sponsorującego płytową firmę Biodro i jego artystowskie projekty; zakupić sporo studyjnego sprzętu, bynajmniej nie oszczędzając na obiadach. Na dodatek musiałem się rozwijać – czytać, oglądać, słuchać, chodzić po teatrach i galeriach. Mieć zdanie na każdy temat, formułować opinie i wiedzieć, co w trawie piszczy. Minusem był nieustanny kołowrót, zapierdziel z tygodnia na tydzień. Jeśli chcesz być czynnym muzykiem, piszącym numery, grającym koncerty i wydającym płyty, bawić się w pisanie w felietonów, recenzji tudzież scenariuszy, nie wspominając o byciu kontaktowym ojcem czy partnerem – smutny koniec w ślepej uliczce jest kwestią czasu. Wiedziałem, że dwa, trzy lata to maksimum pracoholicznego przeciążenia. Fajnie jest wiedzieć, że zarobisz tyle i tyle, fajne mieć pewność i poczucie bezpieczeństwa. Ale czy artysta powinien mieć poczucie bezpieczeństwa? Wątpię. Artysta syty, zadowolony z życia, pewny swego i stateczny, to artysta nudny. Artysta z suchymi jajami, któremu wyschło źródło inspiracji. Nie twierdzę, że musimy być wiecznie nieszczęśliwi, kultywować depresję i pojebanie, o nie, wcale nie. Myślę tylko, że nie doceniamy – że ja nie doceniam – statusu kogoś, kto nie ma poczucia bezpieczeństwa. Szołbizowej "ćwierć-gwiazdy", której nie potrzebuje ani szołbiz, ani media. Kogoś, kto nie wie, z jakiego pieca będzie jadł chleb za pół roku. Bo właśnie ta niepewność czyni nas głodnymi życia, aktywnymi i energicznymi – niepewność stara jak świat.
Jednym z moich najlepszych pomysłów okresu tyrki w „Jedynce“ było namówienie obydwu reżyserów „Łossskotu“, notabene moich najlepszych warszawskich kumpli, do wspólnych projektów kinematograficznych. Grzesiowi Jankowskiemu powiedziałem, że nikt nas przecież nie zapamięta jako twórców programu telewizyjnego. Zróbmy sowizdrzalski film, którego bohaterami będą Jacek Dehnel, Maciek Chmiel i ja. Pozostaje tylko, hmm... Napisać scenariusz. Ale od czego mamy literata, błazna i producenta?... Wszyscy pokiwali głowami; jedynie Grzesiu wysłuchał mnie z należytą uwagą. Gdy parę tygodni później zsolidyfikowałem swoje mrzonki i opowiedziałem mu o konkretnym pomyśle, zapalił się do projektu jak wysuszona szczapa. „Stary, to musi być musical“, powiedział z przekonaniem. Zajęło mi kilka dni, żeby przespać się z tym pomysłem. Tak, offowy musical to było coś... I nieważne, że robimy nasze słynne „Polskie Gówno“ od trzech lat czy czterech lat. Że praca dłuży się jak galery i wciąż nie widać skrawka lądu - taka już dola offowego filmu. W tym roku z pewnością skończymy "PG", chociażbyśmy mieli zastawić swoje nerki i wątroby! Z ostatniej chwili - w lutym do naszego teamu dołączył Arek Jakubik. Planujemy wznowić zdjęcia w maju i nakręcić je do końca września. Bójcie się, wy, obłudne damulki i zakłamani kustosze pruderii - nie będzie pierdolonych jeńców!
Drugim znakomitym pomysłem było namówienie Filipa Dzierżawskiego na dokument o Miłości. Z tym było trochę łatwiej – istniało sporo materiałów, które trzeba było wydobyć z telewizyjnych archiwów. Miałem też godzinną „surówkę“ sesji z Lesterem Bowie z Radia Gdańsk, zarejestrowaną w roku 1997. Półtora roku temu Filip i Andrzej Wojciechowski, operator „Łossskotu“ i współtwórca wielu filmów dokumentalnych, zjawili się w Gdańsku na wymuszonej próbie grupy Miłość. Filip wymyślił, że kanwą filmu będzie historia pewnego niemożliwego powrotu do (nie) tej samej rzeki... I tak to się wszystko zaczęło. O ile wiem, obecnie – po nakręceniu kilkudziesięciu godzin materiału – Filip i Andrzej są na etapie montowania trzy i półgodzinnego dokumentu o roboczym tytule: „Miłość – toksyczna równowaga“. Oczywiście całość trzeba będzie mocni skrócić. Miałem możność obejrzenia obszernych fragmentów i wydaje mi się (choć, oczywiście, nie mnie to twierdzić), że to cholernie ciekawa rzecz, daleka od sztampowego filmiku o jazzowym zespole z tuzinem gadających głów w charakterze przynudzających bohaterów-dziadygów. Dokumentowi o Miłości zdecydowanie bliżej do filmu o Metallice pt. „Some Kind Of Monster“ – dziełu szorstkiemu, niepokojącemu, zadającemu więcej zawieszonych pytań niż oczekującemu spójnych odpowiedzi. Aktualnie Filip ubogaca film o szlachetne "setki", nakręcone na taśmie filmowej i dające wrażenie subtelnej fabularyzacji. Premiera filmu zapewne jesienią. No tak, zapomniałem dodać - na gwałt potrzebujemy starych zdjęć Miłości! Dobrzy ludzie: jeśli macie jakiekolwiek zdjęcia Miłości w składzie z Trzaską, Sikałą, Możdżerem (na zdjęciu) i Olterem, przesyłajcie je w elektronicznej formie na mejlowy adres biuro@biodro.pl. Z góry - Budda zapłać!