A
A
A
Ostatnimi czasy zainteresowałem się instrumentami klawiszowymi, jak się ten wspólny zbiór niezgrabnie nazywa. Potocznie mówi się o nich po prostu „klawisze“; złośliwcy nazywają je nawet „parapetami“. Kiedy miałem siedem lat, mama zapisała mnie na lekcje gitary klasycznej.
Po dwóch czy trzech latach łażenia z „klasykiem“ na plecach i nieudacznego brzdąkania smętnych wprawek w stylu Carcassiego, Carulliego czy Sora, odechciało mi się gitarowego baroku. Zawsze chciałem grać piosenki: móc pochwycić gitarę, zagrać parę „funtów“, zaśpiewać znajomy szlagwort i podbić serce panny, siedzącej po drugiej stronie ogniska... Miałem w dupie klasykę - interesował mnie rock’n’roll! Gitarę odłożyłem do lamusa, sięgając po nią coraz rzadziej.
W trzeciej klasie przyszedłem po lekcjach ze szkoły do domu i włączyłem telewizor. Emitowali „A Hard Day’s Night“, pierwszy, biało-czarny film The Beatles z zajebistą, autorską muzyką (pierwsze dwie płyty Bitli opierały się na coverach). To doświadczenie mnie rozwaliło. Przypomniało mi się, że przecież chciałem mieć zespół rokendrolowy. Jak mogłem dać się zmanipulować i znielubić gitarę tylko dlatego, że kazali mi na niej brzdąkać staroświecki szajs? Na drugi dzień (a było to w czwartej klasie, pamiętam jak dziś) poszedłem do szkoły i wybrałem chłopaków do zespołu. „Ty będziesz John Lennon“, powiedziałem do jednego kolegi. „Ty będziesz George Harrison, a ty Ringo Starr i będziesz grał na perkusji“, oznajmiłem dwóm innym klasowym przystojniakom. Sam oczywiście byłem Paulem McCartney’em (do czasu, kiedy mój starszy brat nie udowodnił mi, że większość moich ulubionych piosenek śpiewa właśnie Lennon). Podczas selekcji kierowałem się estetyką – rokendrolowy zespól musi dobrze wyglądać! Przez pierwsze dwa lata nie wyszliśmy z etapu gadanych prób i zbierania pieniędzy na werbel ze składnicy harcerskiej, ale wreszcie miałem zespół i czułem się królem dżungli.
Mama chciała, żebym grał na pianinie. Rodziców nie było stać na tego pokaźnego grata, którego zresztą nie byłoby gdzie wstawić, więc skończyło się na małej gitarce klasycznej. W sumie bardzo dobrze, bo jako zbuntowany pianista nigdy nie założyłbym zespołu rokendrolowego – nie znałem wtedy Doorsów. Brzmienia muzyki z lat 60-tych i 70-tych zdominowały gitary. Beatlesi, Stonesi, Led Zeppelini współtworzyli zespoły o zdecydowanie gitarowym charakterze i nawet jeśli tu i ówdzie pobrzmiewały ślady partii fortepianów, Fenderów Rhodesów, Wurlitzerów, Mellotronów czy Moogów, to głównie gitary grały rzeczy pierwszoplanowe i łatwe to zapamiętania: riffy. Rokendrolowcy grali na klawiszach zaledwie poprawnie i rzadko pchali się przed pierwszy szereg. Kapela musiała mieć szczęście znalezienia pianisty „wirtuoza“: chłopaka, który uciekł z konserwatorium i postanowił zostać muzycznym dzikusem. Takie przypadki się zdarzały, i owszem (casus Raya Manzarka z The Doors czy Mike’a Ratledge’a z Soft Machine). Częściej jednak to gitarzyści postanawiali „przeprosić się“ z fortepianem i uczyli się grać podstawowy akompaniament (przykład Paula McCartneya). Wszystko po, to, żeby nie musieć wynajmować do kapeli darmozjada pianisty, który na koncercie grałby w dwóch numerach, a w trzecim zmykał do baru podrywać dupy. Nasze dupy, do cholery...
Parę lat temu postanowiłem kupić mój pierwszy "parapet“. Zacząłem od Novationa, bo był mały i miał śmieszne, zabawkowe brzmienia, których na naszej płycie z soundtrackiem do „Wesela“ używał zresztą Jacek Lachowicz. Później dokupiłem Norda Electro (świetne, zsamplowane brzmienia charyzmatycznego Mellotronu) i Korga SV-1 – instrument, który ma wiarygodną klawiaturę i na którym wygodnie się ćwiczy. Ostatnio myślałem o jakichś nowych brzmieniach i wpadł mi w ucho zestaw Native Instruments. Po paru tygodniach dywagacji upiłem Komplete 7 z totalnie odjechanymi wirtualnymi programami w rodzaju Absyntha, Massive’a czy FM 8. Do tego parę znakomitych samplerów, w których można skonfigurować dosłownie wszystko – od brzmień orkiestrowych czy perkusyjnych aż po kosmiczne, sonorystyczne pejzaże, zbudowane z dźwięków, które wygenerowało się praktycznie od zera. Teraz siedzę i dłubię przy klawiaturze, gorzko żałując, że zabrałem się za to tak późno. I naprawdę nie planuję zostać wirtuozem muzyki progresywnej! Po prostu dla kogoś, kto bawi się w muzyczną produkcję, budując misterne, komputerowe aranże, kto pisuje soundtracki do filmu i teatru - praca z instrumentami klawiszowymi, wirtualnymi programami i samplerami to doświadczenie absolutnie niezbędne.