szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy

więcej o...

Zobacz więcej w serwisach WP

Wikipedia WP

Wikipedia WP

Film

Studio

WP.TV

Ale seriale

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Żegnaj, Kapitanie Wołowe Serce!

2010-12-20

Tymon Tymański / fot. mat. promo Captain Beefheart

  A A A
 

17 grudnia w szpitalu kalifornijskiego miasta Arcata zmarł niejaki Donald Glen Vliet, powszechnie znany jako Kapitan Wołowe Serce. Urodzony w mieście Glendale, był jedynym synem Glena Alonzo Vlieta i Willie Sue Vliet, właścicieli lokalnej stacji benzynowej.

Od wczesnego dzieciństwa malował i rzeźbił, fascynując się afrykańskimi ssakami, przedpotopowymi gadami, płazami, rybami i ptactwem - stałymi rezydentami świata jego przyszłej ekscentrycznej, free-rockowej poezji. Gdy młody Van Vliet miał lat 13, jego rodzina przeprowadziła się z okolic Los Angeles do miasteczka Lancaster graniczącego z pustynią Mojave. Mojave stała się jego świątynią i muzą, żywicielem jego samotnej wyobraźni, generując cały bestiariusz fantastycznych postaci – Tuszowych Wężów, Ośmiorybów, Chińskich Świnek, Pszczelich Mrówkoludów, Ludzkich Totemów, Wędrujących Zyg-zakiem, Facetów z Kobiecymi Głowami, Wielkookich Fasolek z Wenus tudzież Zaprzęgów Nietoperzowych Łańcuchów.

W szkole średniej w Lancaster Van Vliet udzielał się w rhythm’n’bluesowych kapelach The Omens i The Blackouts. Perkusistą tej ostatniej formacji był niejaki Frank Vincent Zappa; obu muzykujących młokosów połączyła miłość do bluesa z Delty i Chicago. Całymi dniami słuchali płyt swych ulubionych artystów - Roberta Johnsona, Muddy Watersa, Howling Wolfa oraz całej rzeszy bezimiennych wykonawców wczesnego R&B (bez wielkiego związku ze współczesnym, komercyjnym nurtem o tej samej nazwie). Historia przyszłego konfliktu tych dwóch genialnych innowatorów i luminarzy świata rokendrola utkana jest z tych samych emocji, jakie rządzą samsarycznym bytem szołbizu w każdym jego wydaniu: ambicji, rywalizacji, zazdrości, chciwości i złej woli. Choć obydwaj artyści przez wiele lat oskarżali się o egocentryzm, małostkowość i fanatyzm (całkiem zresztą słusznie – świat rokendrola nie znał większych muzycznych dyktatorów), ostatecznie ich przyjaźń przetrwała lata ciężkiej próby. Ich artystyczna kolizja obejmuje fakt współpracy nad kluczową płytą Beefhearta pt. „Trout Mask Replica“ (Replika Maski Pstrąga, 1969) oraz wspólnej trasy koncertowej w ramach zespołu Zappy, udokumentowanej jako „Bongo Fury“ (1975). W latach 90-tych Captain Beefheart, przykuty do wózka w związku z postępującym stwardnieniem rozsianym, przeprosił się i pogodził ze śmiertelnie chorym na raka prostaty Zappą. Bonusowe efekty wspólnej aktywności obydwu panów można znaleźć na wydanych po latach płytowych kolekcjach pt. "The Lost Episodes" oraz "Mystery Disc".

Po raz pierwszy usłyszałem muzykę Kapitana Wołowe Serce w okresie mego powiązania z Totartem. Nasz niestrudzony kaowiec i guru Zbyszek Sajnóg oraz jego prawa ręka, Paweł Końjo Konnak, fascynowali się industrialem w klimacie Throbbing Gristle, Psychic TV czy SPK. Dystansując się od odmóżdżającej muzyki wymienionych formacji, wniosłem do Totartu sentyment do nowatorskiego jazzu lat 60-tych (Coltrane, Coleman, Dolphy, Ayler) i dwudziestowieczniej koncertowej awangardy (Ives, Schoenberg, Berg, Webern, Haba, Stockhausen). Któregoś razu ktoś (może Artur „Kudłaty“ Kozdrowski, a może Dorotka Dołęga) przyniósł kasety z płytami grupy Art Bears; ktoś inny podrzucił 120-stkę z dwoma ostatnimi płytami Captaina Beehearta („Doc At The Radar Station“ i „Ice Cream For Crow“). Momentalnie zakochaliśmy się w muzyce Kapitana – pogodziły nas jego dzikie wrzaski i kwiki, cudowne charczenie jego sopranowego saksofonu. Frenetyczny kontrapunkt rozjebanych gitar i transowych bębnów „Drumbo“ Frencha. Chora, fantastyczna poetyka, w której liryczne „ja‘ oddawało się seksualnym uciechom w objęciach wampira, z małą małpką na kolanie... W okresie tworzenia repertuaru dla wczesnej Miłości przestałem słuchać rocka. Wyjątkami były liczne płyty Franka Zappy i Captaina Beefhearta, pośród których czołowe miejsca zajmowały „We’re Only In It For The Money“ i rzeczona „Trout Mask Replica“. Muzyka Beefhearta na dobre zrysowała mi beret, rozjechawszy mą mózgownicę buldożerem elektryzującego dziwactwa – choć pojawiały się w niej elementy znane i dość tradycyjne, całość przypominała gar z wrzącym i cholernie pikantnym pot-pouri dla ewentualnych gości z Aldebarana.

Nie zamierzam mitologizować i wybielać Van Vlieta. Kulisy jego współpracy z wczesnym Magic Bandem z okresu powstawania muzyki z „Repliki Maski Pstrąga“ są dość mroczne. Beefheart bynajmniej nie był grzecznym, autystycznym świrem w klimacie Becka Hansena. Z relacji Ry Coodera i Johna „Drumbo“ Frencha zachował się obraz na wpół-szalonego, naćpanego kwasami socjopaty i despoty, który represjonuje i antagonizuje swoich podopiecznych, poddając ich nieustannej krytyce oraz systematycznemu praniu mózgu. Beefheart miał też niechlubny zwyczaj przypisywania sobie kompozycji współ-wyimprowizowanych numerów z jego głośnych płyt, płacąc muzykom byle jak albo w ogóle (ta praktyka przypomina mi działanie pewnej prominentnej osoby naszej dawnej sceny yassowej – szczególy ujrzą światło dzienne w mych memuarach). Dwie płyty, „Unconditionally Guaranteed“ i „Moonbeams & Bluejeans“, są wyrazem jego temporalnego kompromisu i kreatywnej niemocy. A jednak trzy ostatnie płyty Van Vlieta – „Shiny Beast“, „Doc At The Radar Station“ i „Ice Cream For Crow“ jawią się ponadczasowymi majstersztykami, będąc – trawestując słowa wielkiego romantycznego kompozytora Franza Lista – lancami ciśniętymi w przyszłość popkultury.

Po roku 1982 Don Van Vliet zaprzestał muzykowania. Ponoć jeden z promotorów jego malarstwa, niejaki Michael Werner, odradził mu wydawanie płyt na rzecz poważnej kariery w świecie sztuk pięknych. „Jeśli tego nie zrobisz, będziesz zawsze postrzegany jako muzykus, który dorabia malowaniem“, miał rzeczowo powiedzieć. Beefheart, zmęczony wieloletnią i samotną walką z muzycznym szołbizem, postąpił zgodnie z doradą promotora. Po kilku latach jego prace – opisywane jako „modernistyczne“, „prymitywistyczne“, „abstrakcyjnie ekspresjonistyczne“ i porównywane do dzieł Jacksona Pollocka, Franza Kline’a, Francisa Bacona, Marka Rothko czy nawet Vincenta Van Gogha - zaczęły być wysoko cenione, wystawiane i intratnie sprzedawane na całym świecie. Jego muzyka obrosła mitem. Zgodnie powoływali się na nią ojcowie garage rocka i rockowej awangardy, punkrockowcy i nowofalowcy, grundżowcy i współcześni alternatywiści: Tom Waits, John Cale, Sex Pistols, The Clash, Pere Ubu, Mark E. Smith, Laurie Anderson, David Byrne, Devo, Kurt Cobain, Sonic Youth, John Frusciante, White Stripes i Franz Ferdinand. W Polsce jesteśmy troszeńkę w dupie, nieco na bakier ze światowymi trendami i inspiracjami. Kto – oprócz Macieja Zembatego, mnie i paru innych metafizyków – zna teksty Boba Dylana, Leonarda Cohena czy Johna Lennona? Kto interesuje się genialną muzyką Franka Zappy czy Kapitana Wołowe Serce? W zatkanych gównianą papką radiu i telewizji, na scenach wielkich imprez i festiwali, niepodzielnie rządzą starzy estradowi wyjadacze. Muzyka alternatywna w trzech czwartych przypadków przypomina bezrefleksyjne, juwenilne, angielskie emo. Cała nadzieja w nieustannie rozwijającym się internecie, który obudził w myślących ludziach ducha szperactwa i poszukiwania... Dlatego nakłaniam Was, moi drodzy i otwartogłowi, moi wewnętrznie bogaci, pulsujący żywotną ciekawością i przemożną potrzebą wyrażenia dziwności bytu.... Nie zwlekajcie, żeby posłuchać szalonych opowieści Kapitana Wołowe Serce – jednego z najwybitniejszych twórców naszych czasów!


oceń
0
0
Podziel się

NJUSY

"Myśliwiecka" wciąż najlepsza

"Myśliwiecka" wciąż najlepsza

Album "Myśliwiecka" Artura Andrusa w dalszym ciągu utrzymuje się na szczycie zestawienia sprzedaży płytowej OLiS-u.

więcej »

PLOTKI

Wokalista Against Me! zmienia płeć

Wokalista Against Me! zmienia płeć

Wokalista Against Me!, Tom Gabel, już niebawem będzie kobietą. W wywiadzie dla "Rolling Stones" muzyk poinformował, że planuje operację zmiany płci.

więcej »

NASZE FELIETONY

Awanturka

2011-03-04

Nic tak nie podnosi temperatury spotkań na wizji jak mała awanturka. Ostatnio zdarzyło mi się ściąć z Wojtkiem Jagielskim na planie programu „Tomasz Lis na żywo”. Mieliśmy dyskutować o tym, czy nowe konkursy telewizyjne, których ma być teraz zatrzęsienie w telewizji wyłonią wreszcie jakieś gwiazdy.

więcej »

  • Skomentuj
  • WP.PL
Ocena: 0 [0]
~90125 [2011-03-02 11:34]

Duet z Zappą
Szczególnie polecam koncertówkę: Frank Zappa & Captain Beefheart - "Bongo Fury". Kawał dobrego bluesa!

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~gg [2011-02-17 21:52]

A niech to...
TYLKO Lady Gaga

odpowiedz