A
A
A
Czy dzieliłem się z Wami koncepcją artysty jako przekaźnika? Od kilkudziesięciu lat zajmuję się domorosłą analizą tzw. natchnienia i aktu twórczego. Sporo cholernie ciekawych rzeczy o natchnieniu, podświadomości i śnie pisze Jung, ale ja - jako wielki ignorant - zajmę się raczej intuicyjno-wrażeniową stroną doświadczania natchnienia.
Proces tworzenia można podzielić na tworzenie „natchnione“ i tworzenie „rzemieślnicze“. Zdaje się, iż wybitny artysta potrafi inicjować pomysły pod wpływem natchnienia i rozwijać je, korzystając z rzemieślniczej wiedzy o strukturze swojego genre’u.
W arcyciekawej książce pt. „Many Years From Now“ Barry’ego Milesa wybitny wokalista, basista i kompozytor Paul McCartney komentuje swoją przygodę współtworzenia piosenek tete-a-tete z innym muzycznym geniuszem, Johnem Lennonem, opisując je właśnie w kategoriach „inspiration“ i „work“.
Dodaje też: „That creative moment when you come up with an idea is the greatest, it’s the best. It’s like sex. You’re filled with a knowledge that you’re right, which, when much of your life is filled with guilt and the knowledge that you’re probably not right, is a magic moment. You‘re actually convinced that it’s right, and it’s a very warm feeling that comes all over you, and for some reason it comes from the spine, through the cranium and out your mouth“.
O dziwo, opis ten przypomina działanie energii Kundalini, opisywanej przez wybitnych joginów – energii, mocy twórczej, uznawanej za manifestację potęgi umysłu i odpowiedzialnej za wszelkie zdolności oraz talenty artystyczne czy wynalazcze.
McCartney opowiada o historii powstania przepięknej piosenki „Yesterday“, której melodia przyśniła mu się w domu jego dziewczyny Jane Asher: „I woke up with a lovely tune in my head. I thought, that’s great, I wonder what that is?“. Wspomina też o lennonowskim zmaganiu z kapitalną piosenką „Nowhere Man“, która zmusiła Johna do mentalnej kapitulacji (co przypomina z kolei zenistyczną praktykę pracy z tzw. koanem): „I’d spent five hours that morning trying to write a song that was meaningful and good, and I finally gave up and lay down. Then „Nowhere Man“ came, words and music, the whole damn thing, as I lay down“.
John Coltrane usłyszał tematy swojej wielkiej muzycznej suity „A Love Supreme“, medytując przez całą noc. Naukowiec Niels Bohr wyśnił swój pomysł o modelu atomu wodoru, w którym elektrony obiegają dodatnio naładowane jądro – we śnie wydawało mu się mianowicie, że siedzi na słońcu. Z kolei Dymitrowi Mendelejowowi przyśniła się tablica pierwiastków, dzięki której wpadł na słynne prawo okresowości. I tak dalej, i tak dalej.
Wiedza, praca i doświadczenie służy wyćwiczeniu pierwiastka rzemieślniczego, natomiast sen, podświadomość i medytacja przywołują natchnienie. Artysta uczy się „znikać“ po to, żeby przeszły przez niego miliony wolt kosmicznej informacji – doświadczenie, które nazywam energetycznym „nadprzewodzeniem“. Jestem przekonany, iż niektórzy artyści, uczeni czy wynalazcy (oczywiście nie tylko oni, bo energetyczne „nadprzewodzenie“ jest zjawiskiem wspólnym dla całego rodzaju ludzkiego) potrafią bywać medium, które poddaje się transowi twórczemu. Dzięki niemu twórca odkrywa powstające lub wręcz gotowe, nieskończenie piękne formy, którym – koniec końców – podobnie jak własnym dzieciom, trudno jest przypisać ostateczne autorstwo tudzież ojcowstwo... Oczywiście, w pewnym sensie jesteśmy autorami naszych dzieł tudzież ojcami czy matkami naszych dzieci, ale skoro ego jest złudzeniem, mirażem, uwarunkowanym konstruktem, to cóż to wszystko oznacza? Nie pamiętając początku swego życia, nie znając jego końca, mając połowiczny wpływ na swoje życie, nie wydajemy się być autorami ani ojcami niczego, w tworzeniu czego pośrednio uczestniczyliśmy. Możemy być tylko świadomym lub nieświadomym przekaźnikiem pewnej energii, której prawdziwym autorem wydaje się być większa siła: Umysł, Absolut, Bóg, Kosmos, Natura, czy jak tam chcecie to sobie nazwać.