A
A
A
Trasy wakacyjne mają swój niezaprzeczalny urok. Pod warunkiem, że mamy auto z klimatyzacją i nie stoimy w korku. O ile auto z er kondyszyn możemy sobie kupić, o tyle jazda bez korków jest prawie niemożliwa.
Wyruszam w Polskę ze swojej kryjówki nieświadomy czyhających niebezpieczeństw. Koncert mam w miejscowości Okuninka pod Włodawą. Jest to urocza miejscowość turystyczna nad jeziorem Białym. Samo jezioro nie jest wielkie, ale ma opinię jednego z najbardziej czystych w Polsce. Patrząc na mapę obliczam, że z Gdańska to będzie dobrze ponad pięćset kilometrów. Czeka mnie więc koszmar na polskich drogach.
Dzwoni Andrzej nasz przyjaciel z Australii. Andrzej w każde wakacje przyjeżdża do kraju i odwiedza stare kąty podróżując po Polsce harleyem lub wozem campingowym. Przestronny wóz, który ma być moją garderobą już stoi za sceną. Andrzej informuje, że whisky mrozi się w lodówce, a jego nowa dziewczyna bardzo chce mnie poznać. Pozytywnie natchniony taką perspektywą ruszam w trasę.
Po drodze wpadam do gdańskiego studia Polsatu gdzie mam wywiad na żywo o festiwalu w Jarocinie (właśnie trwa jego jubileuszowa edycja). Dziennikarz dopytuje się o stare festiwale z czasów PRL-u. Opowiadam jak w 1985 zatrzymali mnie funkcjonariusze SB za rozrzucanie ulotek antywojskowych. Byłem półnagi i bez dokumentów. Przez trzy dni podawałem, że nazywam się Jimmi Hendrix. Czasy takie, że obaj z Końjem uchodzimy za kombatantów i weteranów. Wcale nam się ta rola nie podoba, ale narzucają te tematy dziennikarze. Kilka dni wcześniej w innym z wywiadów Końjo opowiadał jak to w Jarocinie za PRL-u dbano o to by zespoły, które biorą udział w festiwalu prowadziły się moralnie i kwaterowano osobno chłopców i osobno dziewczynki. Rozdzielano pary, a nawet małżeństwa i dbano, by każdy spał z rękami na kołderce oraz w innej szkole (o noclegach w hotelach nikt nawet nie marzył). Na szczęście Końjo spotkał jedną walcząca punkówę, która złamała wszystkie regulaminy i przedostała się do szkoły pełnej wygłodzonych facetów. Oddała się wszystkim po kolei twierdząc, że w ten sposób „walczy z systemem".
W Polsacie spotykam młodego redaktora, który boi się, że zostanie pobity przez moherowe babcie pod kościołem św. Brygidy. Dziś pogrzeb księdza Henryka Jankowskiego i z tej okazji do Gdańska przyjeżdża Rydzyk i zwarte oddziały moherowych beretów. - Biją tylko tych z TVN-u - pocieszam młodego redaktora. Sam Henryk Jankowski to postać, która mimo różnych dziwactw (np. obsesja na punkcie mundurów i medali) jest jednak wielce zasłużona. W ciężkich czasach miał odwagę pomagać wielu ludziom. Trzeba machnąć ręką na niektóre kazania, które wygłaszał w latach 90-tych opuszczony przez Wałęsę.
Już po zaledwie stu kilometrach, za Ostródą wpadam w solidny korek. Z radia dowiaduję się, że trasę korkują tłumy, które ciągną na pola Grunwaldu. W rekonstrukcji bitwy bierze udział syn mojej siostry Paweł. Jest łucznikiem krzyżackim i sam zrobił sobie historyczny strój łącznie z butami. Tysiące takich entuzjastów jak on od lat bawi się w Bitwę pod Grunwaldem. Na razie jest to bitwa samochodowa na dostanie się pod Grunwald. Naiwnie tkwię w korku w nadziei, że uda mi się jakoś przepchać „siódemką" do Warszawy. Po godzinie jazdy z prędkością 5 km na godzinę mijam jeden zjazd w kierunku gdzie ma odbyć się bitwa. Przed Olsztynkiem wpadam w kolejny korek tym razem o wiele większy. Jest wypadek i wyją karetki. Jak tak dalej pójdzie nie mam szansy dojechać na koncert.
Słucham dla rozrywki Radia Maryja. Biskup Głódź mówi, że ksiądz Jankowski był rozszarpywany przez media. Znowu ktoś ma krew na rękach. Co za kraj! Z RMF-u dowiaduję się, że w Warszawie będą potworne korki, bo właśnie ruszyła parada gejów i lesbijek. Postanawiam zmienić trasę. W Olsztynku odbijam na Szczytno i oddalam się od potopu aut, które ciągną na miejsce pikniku grunwaldzkiego. Nabijam dodatkowe kilometry, ale unikam stania w kolumnie rozgrzanych samochodów. W Szczytnie pikuję w dół na Przasnysz. Z radia dochodzą informacje na przemian o tym, że pod Grunwaldem pod wpływem upałów mdleją rycerze w zbrojach oraz o tym, że faszyści atakują paradę gejów jajami. Omijam Warszawę jadąc łukiem przez Pułtusk, Wyszków, Siedlce. Docieram ledwie żywy do hotelu Podkowa we Włodawie gdzie mamy nocleg. Witają mnie tam bardzo mili właściciele. Chłopaki z Big Cyca docierają z innej strony Polski tuż po mnie. Andrzej z Australii dzwoni, że alkohol już mocno zmrożony, a publiczność gorąca. Oto Polska w pigułce. Pogrzeb księdza Jankowskiego, bitwa pod Grunwaldem, korki, wypadki, histeria, geje i lesbijki w stolicy z piórami, faszyści z jajami. Co robić? Robić swoje jak śpiewał Młynarski. I robimy. Gramy koncert dla 12 tysięcy ludzi nad jeziorem Białym. Siedem bisów.