A
A
A
W czerwcu mam dość mało koncertów i sporo czasu dla siebie. Zająłem się przeto powolną dłubaniną nad zbiorem dwudziestu piosenek na następną płytę Tranzystorów; lada moment zaczynam walkę z muzyczną ilustracją do „Novocenta“ Bariccelliego w reżyserii Bartka Wyszomirskiego (premiera: wrzesień br, Teatr im. Słowackiego w Krakowie).
W międzyczasie oddaję się rozrywkom niewyszukanym i dającym zapomnienie niczym palenie opium: wszak powiedział Mario Vargas Llosa, że „futbol“ to najważniejsza rzecz z rzeczy nieważnych. Razem z mym młodszym synem Kosmą oglądamy mundial w RPA. Jako fan Pelego, zawsze kibicowałem Brazylii; od lat 70-tych trzymam też kciuki za Holendrów, bo grają piękny i ofensywny futbol. W tym roku zaszokowałem sam siebie: otóż jestem za Argentyną i Hiszpanią!... Argentyna, bo Messi; Hiszpania, bo świetnie grają. Do pisania piosenek jeszcze wrócimy. Do piłki też; póki co, mundial dopiero się rozkręca. Tym razem będzie więc o koszykówce.
W nocy kibicuję Lakersom w ich zmaganiu o szesnasty tytuł mistrzów NBA. Walka „Jeziorowców“ z bostońskimi Celtami to niesamowita część historii NBA, najmocniejszej koszykarskiej ligi świata. Boston zdobywał mistrzostwo NBA 17 razy, w tym – w latach 1959-1966 – aż osiem razy z rzędu (głównie za sprawą legendarnego trenera Arnolda Auerbacha i świetnego centra Billa Russella, później pierwszego czarnoskórego coacha NBA). W następnych latach nie było już tak łatwo, choć w latach 80-tych Bostończycy dorzucili jeszcze cztery tytuły (Lakersi zdobyli ich wtedy pięć). Lata 90-te to dominacja Chicago Bulls z czarodziejem basketu, Michaelem Jordanem, w roli głównej. Drodzy Państwo, muszę to powiedzieć - choć brzmi to jak wypowiedź gejowska na temat byłego muzyka grupy Wham – otóż gdyby nie Michael, nigdy nie zdradził(a)bym futbolu dla basketu... Kiedy zobaczyłem Jordana w akcji, zacząłem pasjonować się NBA. Do dziś pamiętam, jak podczas trasy Kur w 1999 roku wraz z Piotrkiem Pawlakiem pożyczaliśmy od koleżanki Agnieszki telewizor (sic!), żeby móc obejrzeć mecz Chicago z Sacramento... Działo się to o trzeciej w nocy, w Lublinie. Agnieszka podprowadziła pudło wujkowi, który spał; jacyś młodzi, upaleni studenci mieli kablówkę, ale nie nie mieli telewizora... Jednym słowem, prawdziwa odyseja kosmiczna. Wspominając te czasy, serdecznie pozdrawiam Piotrka P., Jarka Tylickiego, Mirona Noculaka oraz Blachę, z którymi zarwałem wiele nocy, oglądając NBA do szóstej nad ranem.
Ostatni mecz Lakersi przegrali 86:92. Naprawdę szkoda mi Kobe Bryanta. Wygląda na to, że facet dorósł; rozumie, kiedy trzeba grać zespołowo, a kiedy wziąć sprawy w swoje ręce. To zdecydowanie najbardziej wartościowy gracz ligi. I cóż z tego: na tle agresywnych i zmotywowanych Celtów pozostali „Jeziorowcy“ prezentują się jak grupa mamisynków. Kluczowi gracze z Miasta Aniołów zawodzą już w drugim meczu z rzędu: Paul Gasol nie ma siły, Andrew Bynum nie daje rady, Lamar Odom gra przeciętnie i bezbarwnie, a „Fish“ nie trafia za trzy punkty... Oto porównanie statystyk najlepszych graczy: cóż z tego, że Kobe rzucił 38 punktów, a Paul Pierce „tylko“ 27. Kevin Garnett miał punktów 18 na 12 Gasola; Rondo 18 na 9 Fishera, Allen 12 na 8 Odoma. I tak dalej, i tak dalej.
Sprawa zwycięstwa nie jest jeszcze przesądzona. Dwa lata temu w finale Bostończycy spuścili Lakersom lanie niczym „psu za obierki“; w tym roku obydwa zespoły miały mniej więcej równe szanse na awans. Po niedzielnej porażce szala zaczęła przechylać się na korzyść Celtów. Wydaje mi się, że Lakersi wygrają dzisiejszy mecz w Staples Center. Co się stanie w ostatnim meczu przy stanie 3:3 - tego nie wie nikt....Tak czy owak – jest cholernie ciekawie. I kto nie ogląda, ten – za przeproszeniem – piz**.