A
A
A
Kiedy miałem lat 13, odkryłem dwupłytowy album Beatlesów z Hamburga. Pomiędzy 1960 i 1962 rokiem Beatlesi odwiedzili Reeperbahn pięciokrotnie, grając w Kaiserkeller, Indra, Top Ten i Star Clubie.
Podczas ostatniego, dwutygodniowego angażu liwerpulczyków w Star Clubie przy ulicy Grosse Freiheit (w grudniu 1962, już z Ringo za bębnami), parę występów zostało zarejestrowanych na prymitywnym sprzęcie (szpulowy Grundig i monofoniczny mikrofon). Pomimo kiepskiej jakości, w 1977 archiwalne nagranie wydano na płycie pt. "Live At The Star Club“ - niewątpliwie ku uciesze licznej rzeszy fanów. Pamiętam swoją ogromną ekscytację tym mega-czadowym materiałem. W 1980 słuchałem Beatlesów z Hamburga w kółko, katując nagraniami mojego przyjaciela Piotrka Mertę (Sni Sredstvom Za Uklanianie).
Dwupłytowy album zwraca honor Beatlesom jako wykonawcom stricte rockandrollowym. Większość utworów to czadersy przeróżnego autorstwa (mi.in. Chucka Berry'ego i Carla Perkinsa); mniejszą część zbioru stanowią musicalowe ballady pokroju "Till There Was You", „Falling In Love Again“ (z repertuaru Marleny Dietrich) tudzież autorskie nowalijki („Ask Me Why“). To dzięki musicalowym standardom chłopaki z Liverpoolu nauczyli się m.in. akordów zmniejszonych i zwiększonych, tym samym odbywszy przyspieszony kurs nauki harmoniki funkcyjnej. Młodociani (czyżby naćpani Preludyną?) liwerpulczycy grają rzeczone rockery z niespotykaną energią i pasją. Muzyka przypomina późniejsze nagrania The Sex Pistols tudzież The Clash, stanowiąc swoiste korzenie punk rocka. Wczesny, melodyjny punk nie wychodził poza tonikę, subdominantę i dominantę; odrzucając koturnowe wyrafinowanie muzyki progresywnej spod znaku Genesis czy Yes, nawiązywał do prostoty i żywiołowości wczesnego rock’n’rolla.
Ostatnio znowu sięgnąłem po ten album. Nie ukrywam, że inspiracją był dla mnie koncert z zespołem mego starszego syna Lukasa (The Power Outlet) na tegorocznym wrocławskim PPA. Postanowiliśmy wskrzesić wczesne fascynacje Beatlesów i dokopać się do rokendrolowo-balladowych staroci. Analizując te utwory, przysłuchiwałem się uważnie partiom basu i bębnów. Zauważyłem, że Ringo (a wcześniej i niedoceniany Pete Best) stosował szeroką paletę rytmów, rzadko używanych w dzisiejszym rocku. Dwa najważniejsze z nich to „shuffle“ („Ev’rybody’s Tryin‘ To Be My Baby“) oraz dwie wariacje „twista“: jeden z dwoma uderzeniami w werbel i stopą na „raz“ i „trzy“, obowiązująco ze swingującą blachą, drugi natomiast z pojedynczym uderzeniem w werbel (offbeat) i stopą na wszystkie ćwierćnuty taktu („Twist And Shout", „ „Talkin‘ ‘bout You“). Nie wspominam o bossa novie i walczykach, choć zastosowanie tej w pierwszej w późniejszej kompozycji "I Feel Fine" Lennona było zabiegiem błyskotliwym i nowatorskim.