A
A
A
Wyspa była piękna jak na zdjęciach, które widzieli wcześniej w Internecie. Tropikalna roślinność, wielka, piaszczysta plaża, drzewa kokosowe i słońce. Po prostu raj. Promienie słoneczne na moment oślepiły prezydencką parę.
Egzotyczny, kolorowy ptak zatrzepotał skrzydłami i wydobył z gardła radosny dźwięk przelatując im tuż nad głową. Odebrali to jako sympatyczne powitanie i ruszyli plażą za przewodnikiem, który dawał im pośpieszne znaki.
Wylądowali tu przed chwilą, ale już wiedzieli, że był to dobry wybór. Ona początkowo nie chciała się zgodzić, ale ostatecznie uległa. Plan, który im zaproponowano był trochę szalony. Jak na jej przyzwyczajenia zbyt śmiały, ale trzeba przyznać, że także niezwykle kuszący. Ostateczna decyzja choć mocno kontrowersyjna była podjęta wspólnie z Jarkiem. I teraz idąc za przystojnym przewodnikiem, którego gołe stopy mocno wbijały się w plażowy piasek zostawiając głębokie ślady jak po oponach traktora, ona wiedziała już, że podjęli słuszną decyzję. Złego klimatu, tych ciągłych ataków, żartów, pomówień którymi ich raczono nie mogli już wytrzymać i należało coś z tym zrobić.
Przewodnik torował drogę wśród trzciny wprawnie posługując się maczetą. Teren nie był tak dziki jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Na plaży widzieli porzucony sprzęt do nurkowania, a w lesie puste puszki po piwie i coli. - Czy my tu nie zanudzimy się na śmierć - spytała Ona. - Ależ kochanie! Nie będziemy tu sami! - odparł On. - Zaraz sama się przekonasz...
Przewodnik poinformował, że to już blisko. Czekała ich jeszcze mała wspinaczka pod górę. Po kilu minutach marszu byli na szczycie czyli małym, zielonym pagórku z którego roztaczał się wspaniały widok na zatoczkę. Przystanęli aby nabrać oddechu. Ciepły wiaterek otulił im twarze. Przewodnik poczęstował ich rumem z bukłaka. - Jest pięknie - powiedziała mrużąc oczy. W ocienionym miejscu przy polanie stało kilka bambusowych domków. Kręcili się wokół nich jacyś ludzie. -Jesteśmy na miejscu - wskazał ręką przewodnik i ruszył w kierunku bambusowych domków.
Objęli się i wolno poszli za nim. Ludzie z bambusowych domków otoczyli ich przyjaznym kręgiem. Ktoś podał im paterę z owocami, ktoś inny założył na szyję naszyjniki z kwiatów. On zdjął marynarkę i próbował włączyć komórkę. - Tu nie działa nawet telefon satelitarny - powiedział facet ubrany w dziwny strój z cekinami. Jego twarz wydawała się znajoma. - Tak to ja. Elvis Presley - powiedział śmiejąc się i drapiąc po charakterystycznych bokobrodach. - Nowi zawsze się dziwią na mój widok. Jest nas tu więcej.
Powoli rozpoznawali towarzystwo stojące wokół nich. On przywitał się z prezydentem Johnem Kennedym, a ona z Bobem Marleyem i Jimi Hendrixem. Jakaś okularnica, chyba Janis Joplin pocałowała ją w policzek. Zauważyli też Michaela Jacksona jak tańczy na plaży i Johna Lennona z Kurtem Cobainem jak grają na gitarach przy ognisku.
- Zauważyliśmy, że jako martwi artyści, legendy muzyki sprzedajemy więcej płyt niż jako żywi wykonawcy. Wszyscy mieliśmy już dosyć użerania się z prasą i fanami. A wy czemu przybyliście na nasza wyspę?
- Mój brat w Polsce musi wygrać wybory - padła odpowiedź.