A
A
A
W maju firma płytowa Biodro Records wydała trzy płyty cholernie ciekawych wykonawców. Jeden z artystów jest już całkiem znany i nazywa się Bajzel - od kilku lat gra znakomite koncerty solo, generując unikalny i energetyczny one man show.
Tym razem Bajzel (czyli Piotrek Piasecki) wraz z producentem Frankiem nagrali płytę po polsku; jest w niej nerw, czad i dzikość, jest też miejsce na liryzm i przewrotną słodycz. Jeśli dalej uważacie, że w polskiej muzyce niewiele się dzieje, jesteście w grubym błędzie.
Pozostałe dwa albumy są muzycznymi debiutami. Prząśniczki to zespół, który często spotykałem na koncertach w okolicach Łodzi. Suavas Levy i jego szalony kolektyw mają własny świat (niewątpliwie inspirowany Frankiem Zappą - ale cóż w tym złego; Zappa to geniusz geniuszy), który niezbyt przystaje do tego rzeczywistego, pulsującego wyjątkowo żenującą łupaniną.
Obawiałem się, że po latach chudego dżobikowania i bycia poniżanymi na mieście, nieszczęsne Prząśniczki nagrają płytę, na której smęcą i użalają się nad sobą. Nic z tego. Otóż płytka jest naprawdę świetna. Posłuchajcie sobie, jak wesoło, inteligentnie i eklektycznie grają łódzkie Prząśniczki - jeden z niewielu zespołów, który nie zrzyna ze Ścianki i Pogodno...
Trzecim frapującym debiutem są śląskie Sensorry. Grupa usiłowała podejść do nagrania albumu dwa lata wcześniej, ale po różnych perturbacjach ustalił się aktualny skład zespołu i nowe, nieco futurystyczne brzmienie (między innymi dzięki kreatywnej kontrybucji perkusisty Kuby Rutkowskiego). Przede wszystkim Sensorry brzmią jak nikt inny; ich muzyka jest zaskakująca bogata, zmienna i różnorodna. Jeśli możecie, wybierzcie się na ich koncert - są w stanie dowieść swej dojrzałości również na scenie.
Piszę Wam o tym, bo w Polsce niechętnie kupuje się płyty. Piszę Wam o tym, bo ludzie miesiącami nagrywają albumy, na których rozwijają arcyciekawe, muzyczne i liryczne tezy. Piszę Wam o tym również dlatego, że trudno jest promować alternatywne zespoły. Od lat nie ma ich w telewizji; nie ma ich też w radiu, które z ministerialnej łaski powinno grać 30 % muzyki polskich wykonawców (we Francji i Niemczech podział jest fifty-fifty). Wyłączywszy Trójkę (która, owszem, stara się sporo robić w tym kierunku), radia traktują polską muzykę po macoszemu i spychają grubą girą pod szafę, emitując ją w nocy i byle jak.
W mediach rządzi wyjątkowy chłam: kanały telewizyjne prześcigają się w programach typu „Gwiazdy Robią Loda" tudzież „Taniec z Gwiazdkami na Wierzchu", podczas gdy radia grają jakieś Feele, Patrycje Markowskie, Szymony Wydry czy inne nieszczęścia. Zresztą niech sobie grają - przecież radio ma nadawać muzykę dla każdego.
Pojawia się jednak pewien problem - w Polsce nie gra się muzyki dla inteligentów. Jak to możliwe, skoro rządzi partia, uznana za lobby „wykształciuchów"? Ano, u góry trwa wojna o władzę i kasę. Nie ma czasu na bitwy o kulturę, która tym samym ląduje na śmietniku. Robi się wszystko, żeby muzyka inteligentów całkowicie zeszła do podziemia (to samo tyczy się kina niezależnego i non-mainstreamowej literatury).
Kiedy słyszę, że program „Łossskot" powinien wypaść z telewizyjnej ramówki, bo jest „offowy" (oczywiście, „offowe" są wywiady z Krauzem, Kutzem, Żuławskim, „offowe" są recenzje płyt Santor, Steczkowskiej i Dąbrowskiej), zaczynam też rozumieć, o co tu chodzi - to po prostu sztuka i kultura są dla pieprzonych decydentów „offowe" i powinny niezauważalnie zniknąć, ulotnić się z mediów.... Bo po co komu artystyczne wypociny reprezentantów mniejszości, którzy urodzili się z mózgami i - w przeciwieństwie do wszystkożerczego tłumu konsumentów - śmią myśleć i przebierać... Słuchajcie, koleżkowie decydenci - ci od telewizji i ci od radia, przytulający co miesiąc ciepłą kaskę, wygłaszający populistyczne hasła i zasłaniający się oglądalnością czy słuchalnością - oto partycypujecie w wychowaniu narodu debili... Niebawem inna część tegoż narodu, część myśląca, znienawidzi was po prostu i odwróci się od waszych sloganów i prywatnych krucjat, na zawsze rozpływając w wirtualnej rzeczywistości... Bo tu, w internecie, istnieje jeszcze wolność i demokracja, bo tu każdy może robić, co mu się żywnie podoba. Jednak problemem tego mojego wołania na puszczy...
Ha, ha. No właśnie - problemem jest to, że jest to wołanie na puszczy. I że te dziady mają w dupie wpisy jakiegoś Tymańskiego, bo za dwa lata będą się opalali na Seszele z milionem dolarów na koncie. I to chodzi, und hier ist der Hund begraben, jak mawiają nasi mili zachodni sąsiedzi... O pomóż mi, Obi Wan Kenobi, w tej absurdalnej walce z wiatrakami - you are my only hope.