szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
banner
banner
banner
banner

Wojciech Waglewski

fot. AKPA

Wojciech Waglewski

  • Ocena ogólna:

    4/5
    [2 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 3567

    Ostatnio odwiedzany: 2019-08-22

Wojciech Waglewski to polski gitarzysta, wokalista, kompozytor, producent. Lider formacji Voo Voo, związany także z grupami Bemibem czy Osjan. Ponadto Wojciech Waglewski występował z Maciejem Maleńczukiem, Edytą Bartosiewicz, Renatą Przemyk, T.Love, Raz Dwa Trzy. W 2010 roku został dyrektorem artystycznym festiwalu "Męskie granie".


Jest laureatem trzech Fryderyków i Paszportu Polityki. Ma dwóch synów - Bartosza i Piotra bardziej znanych jako Fisz i Emade.

Wojciech Waglewski urodził się 21 kwietnia 1953 w Nowym Sączu. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Warszawskim. Napisał pracę magisterską o "Pamiątkach Soplicy" Henryka Rzewuskiego. Swą muzykalność zawdzięcza między innymi babci. Ona, oraz miejsce, w którym się wychowywał, wpłynęły na jego fascynacje etnicznością i mulitikulturowością.- Moja babcia pochodzi ze wschodu, z małego miasteczka, w którym bardzo bogato rozwijała się kultura żydowska - opowiadał na stronach serwisu Wiadomości24.pl. - Śpiewała mi takie fantastyczne pieśni żydowskie jak "Rebeka", "Miasteczko Bełz". Gdy oglądałem film "Zakazane piosenki", gdzie jest "Miasteczko Bełz" ze słowami polskimi - "Warszawo ma" ta pieśń zrobiła na mnie rzeczywiście olbrzymie wrażenie. W Nowym Sączu byli też górale, od czasu do czasu defilowała Brygada Podhalańska, którzy dość malowniczo grali na cowbellach. Na tym terenie mieszkali też Łemkowie, do tej pory jest tam chyba jakaś ich kolonia. I oczywiście Cyganie, bo zdaje się, że zakaz taborów pojawił się dopiero w latach 60. Rzeczywiście była to olbrzymia zbitka kulturowa. Proszę pamiętać, że telewizora wtedy nie było, radio było niezwykle ubogie, w związku z tym człowiek był bardziej chłonny na dźwięk, słowo pisane i słowo mówione.

Choć najczęściej kojarzony jest z rockiem i zespołem Voo Voo, jego wczesne fascynacje były zgoła odmienne. - Jako dziecko miałem trzy archetypy supermanów - Indianina, Cygana i górala - opowiadał o swych inspiracjach Jackowi Skolimowskiemu. - Janosik to była dla mnie potęga. Fascynowała mnie tajemniczość górali, legendy i opowieści Sabałowe. Do tego muzyka, która oparła się temu, co stało się z resztą folkloru w naszym kraju. Największe wrażenie zawsze robili na mnie Trebunie Tutki, ich płytę z Twinkle Brothers uważam za jedną z najważniejszych w historii naszej muzyki. To było zderzenie dwóch odległych kultur bez żadnego kompromisu - do muzyki góralskiej został dodany puls reggae i powstała rzecz niebywała, przy której do dziś mam ciarki na plecach. Dla mnie spotkanie z Władysławem Trebunią Tutką było jak spotkanie z Donem Cherry. To wielki artysta i skromny człowiek, ma taki bagaż wiedzy na plecach, który zbija z nóg. Moim marzeniem było zrobienie czegoś z nim. Kiedy Władek i jego żona Hania usłyszeli moje piosenki, powiedzieli, że są bardzo góralskie, nie w formie, tylko w emocjach.

Muzyczny fach przyszły twórca przebojów "Nabroiło się" czy "Czas pomyka I" wiązał z gitarą. - Pierwszą gitarę wyciąłem laubzegą z płyty pilśniowej i pomalowałem na czerwono - opowiadał w wywiadzie dla "Machiny". - Jak na tę gitarę naciągnąłem struny, to tak się wygięła, że się nie dało grać. Ale dobrze się z nią wyglądało przed lustrem. Przyjechałem już wtedy z Nowego Sącza do Warszawy, więc musiałem mieć jakieś sześć, siedem lat. Później dostałem książeczkę "O tym, jak Hania na gitarze grać się nauczyła" Jerzego Powroźniaka. Z tej pracy zacząłem się z nudów uczyć grać, dzieła typu "Szła dzieweczka" i "Wisło moja".

Po przeprowadzce do Warszawy Waglewski odkrywał inne muzyczne światy. Najpierw Stanisława Grzesiuka, a potem... - Potem zaczęły się fascynacje big beatem, brat zaczął mnie prowadzać na koncerty typu "gramy i śpiewamy najgłośniej w Polsce" - wspominał na stronach "XL". - Potem sam zacząłem grać, a dla chłopaka z małego miasteczka granie w zespole bigbeatowym było formą awansu, w związku z tym skoncentrowałem się, by go osiągnąć. A mówiąc poważnie: później, nawet nie wiem kiedy, zaczęła do mnie docierać muzyka dzika - blues, Lead Belly, Hendrix, free jazz. Coś, co w swojej surowości i dzikości ułożyło się w jedną, oczywistą linię cygańsko-żydowsko-beskidzką i jednocześnie hendriksowską i coltrane'owską. W taką - najogólniej mówiąc - niewygładzoną i szczerą nutę.

Muzyczną przygodę zaczynał jako gitarzysta w latach 60. w zespole Fatum. Następnie grał w Rh- Zbigniewa Hołdysa. Na początku lat 70. na krótko związał się z Michałem Urbaniakiem, współtworzył również zespoły Zen i Nirwana. Jednocześnie jako muzyk sesyjny brał udział w nagraniu wielu płyt. - Nie pochlebiając sobie, zawsze mi się wydawało, że można grać rzeczy progresywne czy awangardowe, niekoniecznie posiłkując się jakąś olbrzymią ilością efektów - opowiadał o swym gitarowym stylu w wywiadzie dla serwisu Nuta.pl. - I ja wprowadzałem od początku skale, które w muzyce rockowej nigdy nie występowały, a brzmiały one nieco dziko i dziwnie. Nie z tego powodu, że były one wzbogacone efektami, ale dlatego, że były z innych obszarów kulturowych, albo z innej muzyki. Wydaje mi się, że można przy pomocy bardzo niewielkiego instrumentarium osiągnąć bardzo dużą energię, dużą siłę i sporo rzeczy nowych pokazać. Takie było zawsze moje credo.

Karierę na chwilę przerwało powołanie Waglewskiego w 1978 roku do wojska. Później dołączył jednak do formacji Osjan grającej muzykę głównie instrumentalną, z elementami world music. - Kiedy poszedłem do wojska nagle zacząłem myśleć nad tym wszystkim, co dotychczas robiłem, to był taki cios w głowę - opowiadał na łamach magazynu "Non Stop". - Przypadkiem wtedy zaplątałem się w zespół Osjan i jak się okazało nie był to przypadek, ponieważ była to grupa, z którą najdłużej pracowałem i nauczyłem się w niej bardzo dużo. Wówczas zerwałem z kręgiem profesjonalnych muzyków i zacząłem się poruszać w zupełnie innym świecie, w obszarze innej muzyki. To był początek pewnego procesu, zacząłem nabierać pewności w tym co robiłem. (...) W Osjanie zostałem postawiony w takiej sytuacji, że po minimalnej ilości prób, znalazłem się sam na scenie i musiałem zagrać 10 minut solo bez nagłośnienia, tylko sama akustyczna gitara. Wtedy musiałem zagrać jakieś ważne opowiadanie, nie najszybciej czy najwolniej tylko coś o sobie.

W tym samym czasie wrócił do rocka, biorąc udział w sesji "I Ching" Zbigniewa Hołdysa. Tym razem nie tylko grał na gitarze, ale i komponował, a nawet zaśpiewał. - Zbyszek zadecydował o tym, w sposób dosyć brutalny, za co mu jestem wdzięczny do końca życia, że wydobyłem z siebie głos - wspominał na łamach "Non Stop". - Było to moim marzeniem od dłuższego czasu i w chwili kiedy wreszcie wydobyłem ten głos miałem już formułę całego grania.

Współpraca z Hołdysem rozwinęła się w projekt Morawski Waglewski Nowicki Hołdys, który w 1985 roku wydał album "Świnie". - Ten album był wydarzeniem w latach 80. - recenzował po latach dziennikarz "Teraz Rocka". - Okazuje się, że świetnie znosi próbę czasu. Nadal robi duże wrażenie i należy do najbardziej intrygujących płyt polskiego rocka.

Kolejnym krokiem był już flagowy zespół Waglewskiego - VooVoo. Nazwa powstała z inicjałów muzyka (zapisane zgodnie z zasadami fonetyki języka angielskiego). Między 1986 a 2010 roku grupa wydała ponad dwadzieścia płyt, w tym krążki nagrane z innymi twórcami, jak "Voo Voo z kobietami" (gościnnie zaśpiewały Urszula Dudziak i Anna Maria Jopek) i "Voo Voo i Haydamaky" oraz adresowaną do najmłodszych słuchaczy "Małe Wu Wu śpiewa wiersze ks. Jana Twardowskiego". Wśród największych przebojów kapeli znajdują się "Nabroiło się", "Zejdź ze mnie", "Czas pomyka I" czy "Nie muszę musieć". Za longplay "Wszyscy muzycy to wojownicy" (2010) grupa otrzymała nominację do Fryderyka.

W roku 1991 lider Voo Voo nagrał solowy album "Waglewski Gra-żonie", dedykowany małżonce, Grażynie. W studiu wspomógł go perkusista Voo Voo Piotr "Stopa" Żyżelewicz oraz mało jeszcze znana Edyta Bartosiewicz. - Sporo tu gram na gitarze - opowiadał o wydawnictwie twórca. - Na płytach swojego zespołu gram wyjątkowo mało. Najmniej czasu mam na granie... Wracam do skali bluesowej, której nie ma na płytach Voo Voo.

Karierę solową Waglewski prowadził równolegle z działalnością zespołu. Drugie sygnowane jego nazwiskiem wydawnictwo to "Muzyka od środka" z 1998 roku. Dzieło stanowi soundtrack do filmu "Kroniki domowe" Leszka Wosiewicza. - Już dawno przestałem być entuzjastą pisania muzyki filmowej, jednak Leszek zauroczył mnie opisem pewnej, bardzo mi bliskiej, małomiasteczkowej atmosfery - wyjaśniał swój udział w przedsięwzięciu na łamach magazynu "XL". - Akcja filmu rozgrywa się niedaleko Nowego Sącza, gdzie mieszkałem do piątego roku życia i mimo że dotyczy czasów nieco wcześniejszych, tużpowojennych. Odnajduję sporo podobieństw.

Dzieło nawiązywało do wczesnych muzycznych inspiracji artysty. - W sesji brał też udział skrzypek z Podhala, Sebastian Karpiel-Bułecka - opowiadał na łamach "Tylko Rocka" Waglewski. - Poza jedną piosenką "Muzyka od środka" rzadko odwołuje się do twórczości ludowej. Ta płyta odbija moje wyobrażenie o tym, co słyszałem będąc dzieckiem w małym miasteczku. Głównie słyszałem muzykę cygańską, trochę żydowskiej i trochę podhalańskiej.

Album nominowany był do nagrody Fryderyki 1998 w kategorii album roku - muzyka alternatywna.

Waglewski napisał także muzykę do filmów "Trio" Pawła Karpińskiego, "Nadzieja" Tadeusza Pałki, "Seszele" Bogusława Lindy, "Zaćmienie piątego słońca" Krzysztofa Bukowskiego oraz spektakli jak "Makbet", "Popioły", "Superman".

Nie przerywając działalności Voo Voo, nagrywał z Marylą Rodowicz ("Absolutnie nic", "Full"), Martyną Jakubowicz ("Patchwork", "Kołysz mnie", "Dziewczynka z pozytywką Edwarda"), Kazikiem ("Spalam się"), Atrakcyjnym Kazimierzem i Cyganami ("Prawdziwa miłość", "Dzianina"), Raz Dwa Trzy ("Sufit", "Cztery"), Renatą Przemyk ("Tylko kobieta") czy Homo Twist ("Homo Twist"). Koncertował ponadto z Jakubowicz czy Tadeuszem Nalepą, a dla formacji Jan Bo i Justyny Steczkowskiej pisał teksty.

W 2006 roku ukazało się kolejne solowe wydawnictwo gitarzysty i wokalisty - kolejny soundtrack, tym razem do obrazu "Jasne błękitne okna" w reżyserii Bogusława Lindy. - Kiedy posłuchałem muzyki Waglewskiego w filmie "Trzeci", który jest filmem peryferyjnym, prowincjonalnym, z nutą nostalgii, to sobie pomyślałem, że nie ma lepszego kompozytora - opowiadał Linda. - Kogoś, kto mógłby zrobić taką prawdziwą muzykę na prawdziwych instrumentach bez zbędnego sentymentalizmu.

W realizacji płyty brali udział Karim Martusewicz i Mateusz Pospieszalski z Voo Voo oraz Emade i Jose Manuel Alban Juarez. "Piosenkę kobiecą" promującą produkcję zaśpiewała Kasia Nosowska.

Kolejny rok przyniósł album "Koledzy" nagrany przez Wojtka Waglewskiego wspólnie z Maciejem Maleńczukiem. - Ja go kocham. Ja go kocham jako człowieka - opowiadał o współpracy z muzykiem frontman Voo Voo na stronach Gorzowskiego Internetowego Informatora Kulturalnego . - To jest facet trudny, piosenkarz, taka menda. A z drugiej strony, jest to ktoś. Ktoś w sensie osoba, bo kiedy się pojawia, to widać, że się pojawia. Można go lubić, można go nienawidzić. Ja go lubię, znam go z różnych sytuacji. Znam go z sytuacji, gdzie go nie lubiłem i nie lubię, znam go z sytuacji, gdzie go lubię i uwielbiam. Dla mnie jest to kawał artysty. Ja nie pracuje z ludźmi po to tylko, żeby się tak poocierać. Jest to człowiek, z którym mi się dobrze współpracuje, aczkolwiek trudno.

Longplay został bardzo dobrze odebrany i pokrył się platyną. - Połączenie osobliwej maniery wokalnej Maćka Maleńczuka z niebanalną grą gitarową Wojtka Waglewskiego raczej nikogo nie pozostawi obojętnym - recenzował Grzesiek Kszczotek. - A i dobór piosenek na płycie - od bluesowych standardów ("Can't Judge Book"), przez autorskie utwory obu panów (Maleńczuka: "Diabeł w wiosce", "Luty 89", "Adam"; Waglewskiego: "Bo Bóg dokopie", "Biust"), po numery z repertuaru barda Warszawy Stanisława Grzesiuka ("Niech żyje wojna", "Komu dzwonią") i klasykę country ("Ring Of Fire" znane przede wszystkim z interpretacji Johnny'ego Casha) - musi robić wrażenie.

Swoistym podsumowaniem dorobku Wojciecha Waglewskiego była kompilacja "Muzyka filmowa" z 2007 roku. - Na trzypłytowy zbiór składają się wydane już wcześniej - w innych okładkach - płyty "Muzyka od środka" (z 1998 roku, do filmu Leszka Wosiewicza "Kroniki domowe") i "Zaćmienie piątego słońca" (z 1992 roku, do dokumentu Krzysztofa Bukowskiego) oraz "Zlepka", będąca zestawem nagrań wykorzystanych w kilku rozmaitych przedsięwzięciach, do których w większości muzykę napisał Wojciech Waglewski (jak choćby spektakl teatralny "Kubuś P." w reżyserii Piotra Cieplaka i film Człowiek wózków Andrzeja Malca) - można było przeczytać na łamach "Teraz Rocka".

- To była współpraca jak z każdym wymagającym artystą - opisywał kolejny projekt na stronach Stacjakultura.pl Wojciech Waglewski. - Myślę, że była nawet trudniejsza ponieważ wiadomo było, że w sztuce na świecie rodzinna współpraca jest chlebem powszednim natomiast w Polsce to pretekst do złośliwości. Przystąpiliśmy do tego z pewnym bagażem doświadczeń, nie mieliśmy żadnych obciążeń z tym związanych. Chcieliśmy zrobić płytę, która byłaby związana z naszymi oczekiwaniami i to się udało. Trudna ponieważ byliśmy bardzo wymagający, myślę, że nawet bardziej niż wobec własnych zespołów.

Mowa o albumie "Męska muzyka". W 2008 roku Wojciech Waglewski wydał pierwszą płytę nagraną z synami - Fiszem (Bartkiem) i Emade (Piotrkiem). Co prawda muzycy mieli okazję wcześniej współpracować, synowie pojawiali się gościnnie na płytach Voo Voo, dopiero "Męska muzyka" była pierwszym dużym wspólnym projektem Waglewskich.

- Materiał powstał w ten sposób, że ojciec nagrał u mnie w studiu własne piosenki i poprosił, żebym je wyprodukował - wspominał w wywiadzie z "Dziennikiem" Emade. - Miała to być jego płyta solowa, ale zaprosiliśmy do współpracy - jako tekściarza oraz wokalistę - Bartka i powstał projekt podpisany przez całą trójkę.

- Wydaje mi się, że razem z żoną udało nam się wypracować u naszych synów potrzebę kontaktu ze sztuką - opowiadał z kolei Jackowki Skolimowskiemu Waglewski senior. - Od dziecka zabieraliśmy ich na festiwal do Jarocina, galerii, muzeów, nie wiedząc, czy im się spodoba. Cieszę się z tego, że teraz grają muzykę, urządzają sobie stylowo mieszkania czy kupują obrazy. Przy płycie "Męska muzyka" mogliśmy spotykać się w pracy jako koledzy. Podziwiam Emade jako producenta, spektrum muzyki, jakiej słucha i jego wyobraźnia są nieokiełznane. Jego pomysły są fascynujące, w pracy jest bezwzględny, dlatego chciałem z nim nagrywać. Fisz miał tylko zrobić okładkę do płyty. Szybko jednak dołączył do składu, napisał teksty zaśpiewał je, zagrał w końcu na basie i tak założyliśmy na chwilę zespół.

Chociaż synowie Waglewskiego tworzą głównie hip-hop, artysta przyznał, że sporo się od nich nauczył i bardzo ceni ich jako muzyków. Od 2008 roku razem z Fiszem prowadzi audycję w radiowej Trójce "Magiel Wagiel".

- Oczywiście, że wnieśli i wnoszą nadal - zapewniał w serwisie Nuta.pl. - Młodszy syn, który jest producentem, muzykantem, troszkę perkusistą i zaistniał już na paru płytach (od Kazika do Voo Voo), jest autorem muzycznej oprawy na płytach Fisza. Zerżnąłem od niego parę dobrych pomysłów. Poza tym od niego wiem, jak powinien brzmieć werbel, jak powinna wyglądać przestrzeń muzyczna. Asystował nam przy pracy nad "Płytą z muzyką", natomiast po płycie Fisza, którą zmiksował do końca, zdecydowałem się powierzyć mu zmiksowanie całej nowej płyty, z czego jestem bardzo zadowolony. Z drugiej strony Fisz był zawsze pierwszym i niezwykle surowym recenzentem mojej twórczości. Podrzucał mi różne płyty, których powinienem posłuchać. I on jest w dużej mierze autorem tych moich nowych zainteresowań, tych nowych kontaktów z nową sceną.

W 2010 roku Wojciech Waglewski zrealizował jedno ze swych marzeń. Został dyrektorem artystycznym ogólnopolskiej trasy koncertowej "Męskie Granie". Celem projektu jest pokazanie męskiego spojrzenia na muzykę i sztukę, ale także zderzenie artystów reprezentujących różne pokolenia i gatunki muzyki. W ramach pierwszej edycji wystąpili m.in. Wojciech Waglewski, Maciej Maleńczuk, Abradab, Tomasz Stańko, Leszek Możdżer, Smolik, Voo Voo, Myslovitz, Kim Nowak, Kumka Olik i Pogodno.

- Idei jest kilka - wyjaśniał założenia imprezy w rozmowie z Łukaszem Jasikiem. - Przede wszystkim pokazanie polskich artystów, którzy są bardziej hołubieni na świecie, niż w Polsce. My jesteśmy w tej chwili na takim etapie, jak parę lat temu, kiedy w polskiej telewizji pojawiło się MTV. Nagle wszyscy zachłysnęli się zachodnią twórczością, co wpłynęło na spadek sprzedaży polskich płyt. Aktualnie to się zmienia, jesteśmy na etapie fantastycznych festiwali, na których praktycznie co tydzień mamy gwiazdę światowego formatu. Wszystko jest pięknie, ale nie do końca. Nawet, jeśli jest sponsoring Heinekena, który ma doskonały pomysł i pokazuje polskich artystów w takiej samej ilości, jak zagranicznych. To niestety w mediach "ni huhu". Ani słowa, ponieważ dziennikarze piją sobie piwko i idą tam, gdzie akredytowani mogą zobaczyć sobie zagranicznego artystę za friko. Wracając do "Męskiego grania", to naszą naczelną zasadą jest pokazać artystów z jednej strony wielkich, wybitnych, typu Tomek Stańko i Leszek Możdżer, a z drugiej strony zupełną młodzież, typu Kumka Olik. Chcemy pokazać tę estetykę, bo nie będzie to festiwal "oblewania się piwem". Będzie to festiwal, gdzie będą fantastycznie zaaranżowane sale, świetnie przygotowane scenograficznie. Mam nadzieje, że to będzie taka jakość, której jeszcze u nas nie było.

Waglewski był pod tak dużym wrażeniem zespołu Kumka Olik, że zgodził się wziąć udział w nagraniu ich trzeciej płyty - "Nowy koniec świata" (2011). - To utalentowani ludzie, którzy cały czas się rozwijają - ocenił młodszych kolegów po fachu i zagrał oraz zaśpiewał w kawałku "Przepowiadanie przez powtarzanie". W tym samym roku pojawił się także gościnnie na albumie "Tomek Beksiński" projektu OME. Płyta powstała w wyniku współpracy grupy OMNI i Macieja Januszko z zespołu Mech. Album zawiera dziesięć kompozycji, w tym osiem do tekstów Tomka Beksińskiego.

W roku 1988 Wojciech Waglewski został uhonorowany Nagrodą Artystyczną Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego, a w roku 1995 Paszportem "Polityki" oraz nagrodą Fryderyk w kategorii "najlepszy kompozytor '94".

Prywatnie lider Voo Voo jest kolekcjonerem sztuki. - Od zawsze zbieraliśmy obrazki znajomych artystów - postimpresjonistyczne Jacka Nowakowskiego czy bardziej ludyczne Krzysia Kokoryna – przyznawał w wywiadzie dla "Dziennika". - Obecnie regularnie jeździmy do Berlina, gdzie staramy się podglądać, co się dzieje w sztuce, a czasem coś kupić (np. obrazki Julie Christe). Natomiast w Londynie Fiszu zaprowadził mnie do galerii z pracami młodych brytyjskich artystów, gdzie wybrałem obrazek Jona Burgermana. Lubię też sztukę użytkową. Mamy sporo lamp Ingo Maurera, słynną lampę Fortuny, trochę ciekawych mebli m.in. stół Charlotte Perriand z 1972 roku, który został wyprodukowany dopiero trzy lata temu i ma piękną fakturę. Od dziecka mam pokorę wobec rzeczy robionych ludzkimi rękami.

Zbiera też gitary, acz w tym przypadku nie uważa się za kolekcjonera. - Mam w domu 13 gitar, ale nie jestem kolekcjonerem - opowiadał Jackowi Skolimowekiemu. - Po prostu nie lubię się z nimi rozstawać i traktuję je jako dzieła sztuki. Moim pierwszym wymarzonym instrumentem, na którym nagrałem większość płyt, był Gibson Les Paul. Nabyłem go od Darka Kozakiewicza, a on wcześniej od Tadka Nalepy. Znajomy lutnik powiedział mi, że to jeden z najcenniejszych instrumentów w kraju. Potem w zależności od pomysłu na płytę pojawiały się Stratocaster i Telecastery. Poza tym, kiedy chciałem mieć brytyjskie brzmienie na "Płycie z muzyką", kupiłem dwunastostrunowego Rickenbackera, a wraz z fascynacją jazzem pojawił się Gibson ES 175, gruba, wielka gitara, która przystoi dojrzałemu mężczyźnie. Teraz jestem na etapie instrumentów białych i czarnych. Do białego wzmacniacza zamówionego u Labogi znalazłem Gretsch White Falcon. To kultowy sprzęt, trafił na piąte miejsce wśród najważniejszych gitar dla muzyki rockowej. Spełnia wszystkie moje oczekiwania - ma jazzowe brzmienie, wajchę oraz nadaje się też do ostrego rockowego łojenia.

Wakacje Wojciech Waglewski najchętniej spędza w Toskanii. Lubi także kuchnię włoską. Poza Włochami, często odwiedza Berlin. - Uwielbiam to miasto. Jestem tam parę razy w roku i to jest miasto, w którym mogę mieszkać - opowiadał w rozmowie z dziennikarką Klubu.fm. - Kto wie, czy sobie tam nie kupię mieszkania.

Zapytany przez dziennikarza "Tylko Rocka" o hobby odpowiedział: "Czy mężczyzna musi mieć hobby?! Hobby musi mieć mężczyzna niedowartościowany, który po pracy w biurze przychodzi do domu i zbiera etykietki od zapałek albo nanizuje na szpileczkę owada z taką zieloną błyszczącą dupą. Ja mam tak dużo zajęć i pomysłów na życie, że nie mam czasu na obowiązki, którymi jest obciążony każdy rozsądny człowiek. Na przykład na czytanie książek. Po to przyszliśmy na świat, żeby się rozwijać. Czytanie to nie jest hobby, tylko obowiązek".

- Jego piosenki to kwintesencja rockowej zadziorności, popowej lekkości i otwartości na muzykę etniczną - podsumował twórczość Wojciecha Waglewskiego dziennikarz "Przekroju".

  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!