szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
banner
banner
banner
banner

podobni artyści

Robert Gawliński

Robert Gawliński

  • Ocena ogólna:

    4.84/5
    [25 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 3750

    Ostatnio odwiedzany: 2019-05-18

Robert Gawliński prowadzi życie, które nie szczędzi mu egzaminów i co jakiś czas kusi go słodkim smakiem sukcesu. Mimo że różnie to bywało z jego powodzeniem u fanów, branża zawsze widziała w nim jednego z najbardziej utalentowanych przedstawicieli rocka w Polsce, czego symbolem stały się 55. urodziny Iggy'ego Popa, na których Robert Gawliński był ponoć jedynym gościem z Polski.


Urodził się 31 sierpnia 1963 roku w Warszawie i dzieciństwo spędził w mało komfortowych warunkach. Jego rodzice rozeszli się, kiedy Robert miał 7 lat, a i stołeczny Grochów nie należał do najszczęśliwszych lokalizacji dla dojrzewania młodego chłopca. Autorytetem był dla niego wówczas dziadek, który, jak artysta mówi na swojej stronie: "był wynalazcą, między innymi opracował maszynę do robienia haczyków na ryby, do której patent odkupiła japońska firma". Przygodę z muzyką Robert zaczął bardzo wcześnie i już jako trzylatek próbował śpiewać, uwaga (!) - operowe pieśni Jaremy Stępowskiego. Gust, jak widać, od początku miał wyrafinowany, nic więc dziwnego, że w ucho wpadły mu kompozycje Czesława Niemena, grupy No To Co czy Louisa Armstronga. Początkujący wokalista zauroczył wszystkich podczas szkolnej akademii swoim wykonaniem piosenki "Dom, który znam" Zdzisławy Sośnickiej, a jego występ na przeglądzie dla młodych talentów zdobył mu pierwszego tekściarza - Wandę Chotomską. Poetka pomogła mu opracować repertuar, z którym chłopiec jeździł później po świetlicach i domach kultury, jego życie nie było jednak sielanką. Rozbita rodzina i niespokojna dzielnica wyraźnie odbiły się na zachowaniu Roberta, który zaczął wdawać się w rozróby i dwa razy zmuszony został do zmiany podstawówki. Wprawdzie zastanawiał się później nad studiami fizycznymi (wygrał w tej dziedzinie nawet szkolną olimpiadę), edukację zakończył jednak na maturze.

Jego pierwszym zespołem był Gniew, w którym grać zaczął jeszcze w ósmej klasie powszechniaka. Punkrockowy projekt działał jedynie 3 lata, a Gawliński po opuszczeniu go związał się z równie efemerycznymi Nieustraszonymi Pogromcami Wampirów. Grupa nie zachwyciła jury eliminacji do legendarnego festiwalu w Jarocinie, wprost przeciwnie do następnego projektu Roberta - Madame -, o którego występie oceniający go Zbigniew Hołdys powiedział: "No kurwa, chłopaki, co ja wam będę pierdolił! Zajebiście gracie!". Z Jarocina Madame wróciło z wyróżnieniem, opinią największego objawienia polskiej sceny rockowej i porównaniami do U2 i Opposition. Ich utwory wprawdzie zawojowały listę radiowej Trójki, wielkim nadziejom nie dane było jednak się spełnić i Madame, wkrótce po nagraniu płyty live "Madame Koncert" (która została wydana w bardzo niskim nakładzie i dziś jest w zasadzie materiałem kolekcjonerskim), wiosną 1986 roku rozwiązało działalność. Jako ciekawostkę wspomnieć można, że zespół spotkał się później jeszcze dwa razy, z czego raz w programie 5-10-15.

Kolejne lata w życiorysie Gawlińskiego stały pod znakiem tułaczki, dramatów i efemerycznych kolaboracji z gwiazdami polskiej sceny muzycznej. Prócz krótkiej przygody z Made In Poland współpracował on wtedy z takimi tuzami, jak Marek Jackowski (projekt Złotousty i Anioły), Zbigniew Hołdys (The Didet Bidet) czy Republika, która bez Grzegorza Ciechowskiego (wojującego wówczas pod solowym szyldem - Obywatel G.C.) próbowała egzystować pod nazwą Opera. Okres tamten to jednak także czas największego dramatu w życiu artysty, który tuż przed własnym ślubem ze swoją ukochaną Moniką dowiedział się, że jest poważnie chory.

- Okazało się, że mam guza przysadki mózgowej - powiedział lata później w rozmowie z Kubą Wojewódzkim. - Wielkości orzecha włoskiego... Pamiętam, jak pani w szpitalu, po badaniu, zapytała mnie, czy jestem pełnoletni. Ja potwierdzam, a ona mi na to: "Siadaj chłopcze i słuchaj: masz raka...". Odebrałem to jak wyrok śmierci. (...) Miałem 25 lat i byłem smakoszem życia. I nagle wydoroślałem. Skończył się Gawliński naiwny i, jak mówi mój ojciec, małolatowaty... Wielu młodych ludzi lubi snuć patetyczne rozmyślania o śmierci. Czyta odpowiednią poezję, słucha dołującej muzyki. Też taki byłem... Nagle cień stał się realny. Nigdy nie zapomnę tego strachu, samotności i szpitalnego zimna.

Do ślubu jednak doszło, a chorobę udało się pokonać. Po powrocie do sił Gawliński powrócił do muzyki z nową energią, której dzieckiem został jego sztandarowy projekt - Wilki. Już pierwszy singel promujący debiut - "Son of a Blue Sky" - okazał się ogromnym hitem, a sama płyta trafiła na żyzny grunt i zgarnęła w1992 roku nagrody "Bravo", "Popcornu", magazynu "Brum", "Tylko Rocka" oraz Bursztynowego Słowika (który ponoć po jakimś czasie rozpadł się na kawałki). Zespół dosyć szybko (niektórzy twierdzą, że zbyt szybko) wszedł ponownie do studia, by jesienią 1993 wydać drugą płytę "Przedmieścia". Nie udało jej się powtórzyć sukcesu poprzedniczki, Gawlińskiemu za to sława zaczęła nieco uderzać do głowy. We wspomnianym już wywiadzie opowiadał: "Miałem nawet pseudonim: Król Starówki. Potrafiłem zaprosić do restauracji cały staromiejski rynek. To była trzyletnia balanga, ogromny sukces i równie wielka głupawka". W międzyczasie Robert napisał dla zespołu Human kawałek "Słońce moje", a w rok po drugiej płycie Wilków na rynku pojawiła się trzecia - nagranie z dwóch akustycznych koncertów "Acousticus Rockus". W tym momencie jednak sfora gryzła się nawzajem do tego stopnia, że zespół musiał się rozwiązać.

- Wilki rozpadły się ze zmęczenia - powiedział ich lider. - Po prostu przez te trzy lata zagraliśmy bardzo dużo koncertów, w naprawdę różnych miejscach. (...) Oczywiście, było dużo alkoholu, dużo narkotyków. Wszystko złożyło się na to, że - delikatnie mówiąc - mieliśmy siebie dosyć.

  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!