szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
banner
banner
banner
banner

Muniek Staszczyk

fot. J. Sliwczynski

Muniek Staszczyk

  • Ocena ogólna:

    4.74/5
    [31 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 6727

    Ostatnio odwiedzany: 2019-08-23

Zygmunt Staszczyk to współzałożyciel i lider formacji T.Love. Także wokalista i autor tekstów. Z zespołem wylansował wiele przebojów, w tym "Wychowanie", "King" czy "Chłopaki nie płaczą". Stał też na czele projektu Szwagierkolaska.

Na koncie ma ponadto współpracę z takimi wykonawcami, jak Maanam, Kasia Nosowska, Pidżama Porno czy Habakuk. W 2011 roku wydał płytę zatytułowaną po prostu "Muniek".

Zygmunt Marek Staszczyk urodził się 5 listopada 1963 roku w Częstochowie. Tam ukończył IV LO im. Henryka Sienkiewicza, które stało się inspiracją dla jednego z przebojów zespołu T. Love. Matka Muńka sprzedawała w sklepie spożywczym, ojciec pracował w hucie. Muzyką zainteresował się dzięki kolegom z podstawówki.

Zanim założył T. Love udzielał się w grupie Atak, przekształconej później w Opozycję. T. Love powstało w 1982 roku z inicjatywy Muńka (wokal, początkowo też bas) i Jacka "Słonia" Wudeckiego (perkusja), do których dołączyli Janusz Knorowski (gitara) i Dariusz Zając (klawisze). Kapela otrzymała nazwę Teenage Love Alternative. Pod tą nazwą i w tym składzie funkcjonowała do 1987 roku (nazwę zmieniono na T. Love, bo jak tłumaczył Staszczyk, słowo "alternatywa" było już mocno nadwerężone). Ich inspiracją były zespoły Joy Division, The Cure, a także The Clash, Buzzcocks i The Undertones oraz polskie Kryzys i Deadlock.

- Zacząłem pisać teksty - opowiadał o swych pierwszych muzycznych próbach Mikołajowi Lizutowi. - Na początku naiwne kawałki o świecie, który mnie wtedy otaczał. Znalazłem chłopaków w innej klasie, którzy grali na gitarze, i założyliśmy zespół Opozycja. To była kompletna pomyłka, bo oni chcieli grać hard rocka, a ja nie umiałem śpiewać. To tak, jakby Zbigniew Wodecki śpiewał z Sex Pistols. W każdym razie zespół Opozycja zdobył popularność w Częstochowie. Zagraliśmy też w 1981 w Jarocinie, po czym kapela się rozpadła. Namówiłem potem innych kolegów i powstał T. Love Alternative. Jeden z naszych kumpli miał dużo kasy, jego ojciec był właścicielem wesołego miasteczka i kupił nam pierwsze instrumenty. Nikt z nas nie umiał na niczym grać. To był piękny czas.

Zespół koncertował w częstochowskich liceach, a także w Domu Kultury na Stradomiu na tzw. Punk Arenie. Pierwszy występ dał 4 lutego 1982 roku, na studniówce w szkole, do której uczęszczali muzycy. Jak wiele formacji, które powstały w tamtym czasie, tak i T. Love Alternative był w pewien sposób zaangażowany społecznie i politycznie. - Myślę, że gdyby nie sierpień '80, nie powstałby zespół T. Love - wyjaśniał Muniek w serwisie Ultramaryna. - Ale nie myśleliśmy, żeby się defniować w 100 procentach politycznie. Po prostu mieliśmy swój punkt widzenia i coś w rodzaju misji, a raczej przekazu. Chcieliśmy naszym językiem opowiedzieć ludziom, co widzimy. Dlatego też zaczynaliśmy od zera, uczyliśmy się grać, poznawać złe i dobre strony tzw. rock and rolla.

Latem 1982 roku odbyła się sesja nagraniowa na koncert jarocinski, niestety zespół się nie zakwalifikował. Dwa lata później, w Jarocinie wystąpił już jednak jako gwiazda.

Pierwszy płatny koncert formacji odbył się w listopadzie 1982 roku. Honorarium wynosiło 400 złotych plus nocleg w orbisowskim hotelu. - Słuchałem T. Rex, Kryzysu, Boba Dylana, Boba Marleya, ale nie miałem wtedy idola - opowiadał w rozmowie z TVP o tamtych czasach Staszczyk. - Właściwie zasadą tamtego pokolenia było nie mieć idoli. Kierowaliśmy się zasadą "zrób to sam". Nikt wtedy nie myślał, żeby być idolem. Nikt nawet nie myślał o osiągnięciu sukcesu finansowego. Osiągnięciem był występ w Jarocinie, zaistnienie w świadomości ludzi, a wydanie płyty - ukoronowaniem tego wszystkiego.

W marcu 1985 roku wytwórnia Tonpress zaproponowała T. Love nagranie kawałka na składankę "Jeszcze młodsza generacja".

Kiedy muzycy zaczęli studia (Muniek wyjechał do Warszawy, a Słoniu do Krakowa), próby nie mogły odbywać się już tak często, ale zespół nadal funkcjonował.

Muniek studiował polonistykę na Uniwersytet Warszawski. - W liceum miałem świetnego polonistę, który zaszczepił we mnie swoją pasję humanistyczną - wyjaśniał wybór kierunku studiów na łamach portalu Eurostudent.pl. - Ostatecznie z polskiego napisałem najlepszą maturę w szkole na temat: "Niepokoje moralne człowieka we współczesnej literaturze" i trafiłem na polonistykę na UW. W tym samym czasie bardzo zaangażowałem się w zespół, więc spędziłem na uniwersytecie dziewięć lat, ale ostatecznie studia skończyłem. Trochę dla rodziców, bo ja już wtedy wiedziałem, że w życiu nie będę nauczycielem, a dla nich mój dyplom był bardzo ważny. A same studia? Trochę nudnych przedmiotów, ale generalnie bardzo fajny kawał życia.

Od bycia nauczycielem odstraszyły go m.in. praktyki, które musiał odbyć w ramach studiów i które wspomina po latach. - Powiem wam - i nie będzie to żaden tani PR - mam duży szacunek dla zawodu nauczyciela, bo jest kurewsko ciężki - mówił na stronach "Playboya". - Gdy studiowałem polonistykę na UW, siedząc na trzecim roku chyba pięć lat, to praktyki pedagogiczne były obowiązkowe. Zanim je zacząłem, wiedziałem, że będzie źle. W podstawówce na Grochowie byłem więc dobrym wujkiem. Wszystkim stawiałem dobre oceny, aż mnie dyrektor opierdolił. W technikum i liceum już mi nie szło. Jedyną opcją było więc zaliczenie tych nieszczęsnych praktyk w moim liceum w Częstochowie. Tam już byłem Muńkiem Śruńkiem i patrzyli na mnie z przymrużeniem oka. Ale wiecie co było najgorsze? Przerwa. Żaden rock and roll nie dorówna hałasem wyciu dzieciaków. Dopóki sam jesteś gnojem, to nie słyszysz. Ale jak wchodzisz do szkoły jako dorosły, to huk przerwy potrafi zabić.

Prace magisterską pisał o własnym zespole, który w międzyczasie dorobił się przebojów "Garaż" (1984), "IV LO" (1985) i "Autobusy i tramwaje" (1988). Działalność formacji przerwał wyjazd Muńka, który w 1989 roku wybrał się do Wielkiej Brytanii do pracy. - Pojechałem do Londynu na zarobek - nie ukrywał. - Tam nie byłem już tym zwariowanym punkowcem z Częstochowy, któremu można pożyczyć stówkę. Trzeba było zapierdalać. Pierwsza lekcja życia przyszła szybko. Pracowałem w pubie przy Liverpool Street i kiedyś po skończonej szychcie zapoznałem się z kilkoma typowymi angielskimi robotnikami. Zaczęliśmy razem pić. Ich zwyczajem, każdy po kolei opłacał jedną kolejkę dla wszystkich. Kiedy przyszła moja kolej na wyłożenie 15 funciaków - czyli dla mnie po prostu majątku - powiedziałem: "Ale panowie, ja jestem z Europy Wschodniej, muszę za czynsz zapłacić". Usłyszałem: "Jak nie masz za co pić, to śpij w parku, ciepło jest". Prawie się popłakałem. Laluś z komuny, kurwa. Powiedzieli mi po prostu "Fuck off". Mieli sto procent racji. To była świetna lekcja.

Przez pewien czas Staszczyk pracował w klubie Sticky Fingers. - Na mojej zmianie bywali chłopaki z Queen, wtedy jeszcze z Freddiem… - wspominał.

Do Polski wrócił w 1991 roku, reaktywował zespół, w którym ze starych muzyków pozostał tylko on sam. W nowym składzie, który zresztą później się zmieniał nieraz, grupa radziła sobie znakomicie. Powstały płyty "Pocisk miłości" (z hitami "Warszawa", "Na bruku", "Rewolucja"), "King" (z kawałkami "Dzikość serca", "Stany", numer tytułowy), a następnie "Prymityw" czy "Chłopaki nie płaczą". Grupa stała się jedną z najpopularniejszych rockowych kapel w kraju. Aż sześć pozycji w dyskografii bandu pokryło się złotem, a kompilacja "BesT.Love" platyną.

- T.Love swoją autorską twórczością wywiera jakiś wpływ na ludzi, nie da się ukryć - komentował na łamach "Playboya". - Nasz zespół jest już na scenie prawie trzy dekady.

Grupa, choć zaczynała od rocka, punku i alternatywy, z czasem objawiła także bardziej popowe oblicze, a i od kiczu nie stroniła. - Ja kicz uwielbiam - wyjaśniał Muniek. - Taka perwersja zawsze u mnie występowała. Jako nastolatek z jednej strony słuchałem punka, z drugiej kochałem Smokie i Abbę (śmiech). Do dziś uwielbiam niemieckie filmy o Indianach. Tak samo jest i było w T.Love. "Garaż", "Karuzela" to utwory z tekstami społecznymi, ale z muzyką kiczowatą.

Twórczość T. Love okazała się także bardzo popularna na weselach. - W mojej rodzinnej Częstochowie klimat wieśniacki i weselny był zawsze obecny - komentował Staszczyk. - Mnie to śmieszy. Jak dostaję honorarium z ZAiKsu, pytam się, ile jest z repartycji lokalowej, czyli właśnie z czegoś takiego. Absolutnie nie jest to dla mnie potwarz. Szkoda tylko "Nie, nie, nie", bo to miała być poważna piosenka.

W połowie lat 90., wraz z Andrzejem Zeńczewskim, Muniek powołał do życia projekt Szwagierkolaska zainspirowany klimatem Warszawy połowy XX wieku i twórczością Stanisława Grzesiuka, a także folk-punkową formacją The Pogues. Za debiutancki album "Luksus", z którego pochodziły przeboje "U cioci na imieninach" i "Komu dzwonią", zespół otrzymał Fryderyka 1995 w kategorii album roku - muzyka tradycji i źródeł. - Pamiętam, że zrozumiałem, że ta płyta odniosła sukces, gdy szukałem jakiejś imprezy na warszawskim Ursynowie - opowiadał Tomasz Kopeć z firmy Pomaton EMI na antenie Trójki. - Obszedłem dookoła blok trzy razy i minąłem trzy imprezy. Oczywiście pukałem do każdej i na każdej leciała Szwagierkolaska. Okazało się, że młodzi ludzie zaakceptowali pomysł. Od młodzieży bardzo chętnie sięgali po tej płycie rodzice.

Pod koniec 2009 roku, muzyk zapowiedział, że szykuje solową płytę. Częstochowianin do współpracy zebrał mocną ekipę, na czele ze znanym fanom T. Love gitarzystą i kompozytorem Jankiem Benedekiem.

- Miałem świadomość, że jestem obwiązany pępowiną przez mój zespół, kojarzony z nim, i że od lat wszyscy mnie kontrolują - opowiadał o decyzji wydania solowego albumu na łamach "Machiny". - Więc mówię sobie: w zasadzie - po co? Zabolało mnie, jak Janek Benedek odszedł z zespołu. 1993 rok, pierwszy raz poczułem, że coś się rozpadło. On odszedł, a jednak okazało się, że możemy dalej jako zespół grać. Janek i ja stanowiliśmy tandem, razem robiliśmy kawałki. Wcześniej, w starym składzie, był hałas, anarchia postpunkowa. Z Jankiem nastąpił drugi etap T. Love - świadomy. Kiedy odszedł, nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Iść do Borysewicza, zapytać, czy zagralibyśmy razem? Teraz nagle Janek mówi: "Zróbmy coś razem". "Chodź ze mną w solówkę" - mówię. Wiedziałem, że on w T. Love nie będzie już grał, ponieważ los tak ułożył karty. "No dobra, niech to się nazywa Muniek" - mówi Janek. A ja: "Może wolisz, żeby to się nazywało Muniek i coś tam?". "Nie, niech to się nazywa Muniek, choćby ze względów marketingowych. (...) Skończyłem 45 lat, teraz już 46 i to jest ten moment. Jestem na tyle dojrzały, tak długo już w tej branży jestem, że nie mam jakichś oczekiwań chorych, a z drugiej strony jestem tego ciekaw. To jest ten moment, kiedy mogłem się z Jankiem znowu spotkać muzycznie. Ten facet zawsze był interesujący, całe lata grał riffowo, kompletnie niesłowiańsko. Zawsze lubiłem Brylewskiego, Lipińskiego za autorską twórczość, ale gitarowe zespoły, takie jak T.Love, po 1980 roku grały inaczej, bardziej słowiańsko. Janek łączył te dwie rzeczy.

Na zestaw zatytułowany po prostu "Muniek" złożyło się 10 utworów (premiera miała miejsce w marcu 2010 roku). - Połowa - jak zapewniał wydawca - to murowane hity. - Sporo dobrej zabawy i dystansu do świata, zero kombinowania - można było przeczytać w notce prasowej. - Sama rockowa prawda o życiu. W dwóch piosenkach wspomogły Muńka wokalistki - Kora ("Njutella Marcella") i Anna Maria Jopek ("Dzieje grzechu"). br>
- Janka jest osiemdziesiąt procent melodii, wszystkie kompozycje, moje są teksty i dwadzieścia procent melodii - wyjaśniał dziennikarzowi "Machiny". - Janek jest producentem muzycznym tej płyty, chociaż ja miałem wpływ na miksy. (...) tu to Janek nadawał ton, ja byłem tylko wokalistą. On wymyślał różne aspekty, jak liczba refrenów. Ja trochę straciłem już orientację, w dupie zacząłem mieć radio, bo nie da się długo słuchać stacji komercyjnej. Zamknąłem się w swoim domu, w bluesie, w starej muzyce. Nowe zespoły trafiają do mnie przez moje dzieci, przez jakieś Open'ery, ale niespecjalnie mnie to kręci, więc tak się starczo zamknąłem. John Lee Hooker, Muddy Waters, reszta to chuj. AC/DC, Rolling Stones, The Who, mnóstwo folku, Dylan, Dylan i jeszcze raz Dylan. A Janek mówi: "Musimy trochę odetchnąć, spojrzeć też na współczesność, stworzyć jakiś pomost. Nie pod radio, ale trzeba, stary, popatrzeć, co w trawie piszczy". W ten sposób Janek mnie wyciągnął, a potem razem przeszliśmy rozmowy biznesowe w kilku większych wytwórniach.

Po dwóch latach, Muniek rozwiązał jednak projekt, by znów skoncentrować się na T. Love. - Pragnę poinformować, iż z dniem 23 listopada 2011 roku formacja Muniek zakończyła swoją działalność - napisał w oświadczeniu. - Dziękuję bardzo wszystkim muzykom i menadżerom, współpracującym z zespołem w latach 2009-2011, a fanom za wsparcie i obecność na koncertach. Dzięki.

W ciągu wieloletniej kariery, Staszczyk udzielał się również w projektach Paul Pavique Movement i Rege Inna Polish Stylee. Ponadto pojawił się płycie Habakuka, śpiewając piosenki Kaczmarskiego, m.in. "Karmaniolę". - Nie byłem przekonany do tego utworu - wyjaśniał na łamach "Playboya". - Chciałem zaśpiewać tylko "Krajobraz po uczcie", bo to moja ulubiona piosenka Kaczmarskiego. "Karmaniolę" zaproponował mi Paweł Potoryczyn. Od razu go spytałem, czy chce ten kawałek ze względu na zwrotkę: "Wszystko się według ich potoczy woli/Choć niejedno jeszcze może się wydarzyć/Póki co tańczmy w rytmie karmanioli/Nim Mały Kapral obwoła się Cesarzem!/" Bo z góry wiadomo, że będzie ona odbierana bardzo współcześnie. Paweł powiedział, że "Karmaniola" pasuje do całej płyty jako tekst o mechanizmie rewolucji, o tym, że dawni rewolucjoniści najczęściej są zamordystami. I ja się z nim zgadzam. A z drugiej strony, to co, że wszystkim "Mały Kapral" będzie się kojarzył jednoznacznie? Niech się kojarzy.

Współpracował ponadto z zespołami Maanam czy Pidżama Porno, a także z Kasią Nosowską. Wziął ponadto udział w nagraniu dubbingu do animowanego filmu "Planeta 51". - Pomyślałem, że spróbuję, choć wcześniej tego nie robiłem - skomentował - Moja postać jest epizodyczna, ale dosyć szorstka, przewrotna.

Nieodłącznym atrybutem częstochowianina są ciemne okulary, które zaczął nosić... z tremy. - W trakcie pierwszych koncertów chciałem odgrodzić się od ludzi i tak już zostało - opowiadał w wywiadzie dla "Playboya". - Kiedy śpiewam czy wydzieram się, zamykam oczy, czego po prostu nie było widać, ale teraz okulary to już tylko gadżet. Swego czasu chodziłem po nie na Koło, potem do sklepiku optycznego na placu Wilsona, gdzie zostawiano dla mnie interesujące klasyczne modele. Te, które mam teraz, dostałem. Bardzo je lubię i jak czasem się zdarza, że je gdzieś zostawię czy zgubię, to wpadam w paranoję. Jakbym zgubił kawałek samego siebie. No, ale na szczęście zawsze się znajdywały. Kiedyś wracałem po nie samochodem 20 kilometrów.

Muńka wyróżnia także wada wymowy, a dokładniej seplenienie. - Wynika to troszkę z zaniedbania rodziców, a troszkę z mojego lenistwa - tłumaczył. - Wszystkie aparaty na zęby olewałem, wypluwałem na noc i już! Moje dzieci mają to samo, ale są pilnowane. Teraz mówią mi, że absolutnie nie powinienem nic z tym robić. Nie szczycę się tym, ale przynajmniej jestem rozpoznawalny. Ponoć odkąd Panasewicz wymienił sobie zęby, to inaczej brzmi (śmiech).

Grając w jednym z popularniejszych polskich zespołów, czętochowianin zasmakował nieco rockandrollowego życia. - Byłem sportowcem i otarłem się o różne dragi - opowiadał dziennikarzowi "Playboya". - Lubię alkohol, jak każdy mam słabości, ale nie mam temperamentu uzależnieniowego. Zespół wszystkie te rzeczy w skali destruktywnej ma już za sobą, co nie znaczy, że nie potrafimy się zabawić. W połowie lat 90. był inny etap. Dwa zespoły T. Love i Szwagierkolaska, intensywne koncerty… Płyty "Al Capone" i "Prymityw" powstały trochę pod wpływem. Zorientowałem się, że to przegięcie, kiedy zaczyna tobą rządzić chemia, choć nie mogę powiedzieć, że zostałem kaznodzieją.

Muzyk dokładnie pamięta moment, w którym zorientował się, że jest na najlepszej drodze, by się stoczyć. Było to, kiedy u rodziców, wyszedł do łazienki, by wciągnąć kreskę. - Patrzyłem na wannę, w której kąpałem się jeszcze jako szczeniak - wspominał w wyiadzie dla "Rzeczpospolitej". - Mama, jak to mama, robiła zrazy, tata czekał z cytrynówką własnej roboty, a ja... Nie byłem w klubie, w garderobie, nie byłem zmęczony, a jednak ciągnęło mnie do kreski. "Stary - zagadałem do siebie - niedobrze". Wróciłem do Warszawy, gdzie miałem zaproszenie na koncert i party z Aerosmith. Czyli znowu Babilon. Potem jakieś chlanie w Ground Zero. Czułem się zdołowany. Poszedłem z dziećmi na spacer, na Agrykolę. Pomyślałem: oto są niewinne dzieciaki, ptaszki śpiewają. Jestem ojcem. Po co mi to wszystko? Koks, który miałem w kieszeniach, powyrzucałem. Zaproszenie na koncert i party oddałem napotkanej dziewczynie. Wiem, że to ładna historia do prasy. Ładnie się ją opowiada. Ale temperamentu ćpuna nigdy nie miałem. Zawsze mnie bardziej alkohol spidował. Narkotyki były próbą odreagowania siermiężności PRL. Przyszedł do nas wielki świat. Wielu chciało go spróbować. Latka lecą, nie jestem aniołem, ale zrozumiałem, że do wszystkiego potrzebny jest dystans.

Staszczyk ma żonę - Martę i dwójkę dzieci Jana (ur. 1990) i Marysię (ur. 1993). - 50 procent - tantiemy, 35 procent - koncerty, 15 procent – płyty - mówi o swoich zarobkach. - Płyta to nośnik, na którym obecnie dobrze się nie zarabia, ale promuje cię na następny rok czy dwa. Dzięki temu grasz koncerty. Nie jestem człowiekiem ubogim, ale obrzydliwie bogatym też nie. Jestem jedynym osobnikiem pracującym w swojej rodzinie, ale na utrzymanie starcza.

W marcu 2011 roku ukazała się biografia artysty - blisko 300-stronicowy, zapis wywiadu-rzeki, autorstwa Grzegorza Brzozowicza.

Sam Muniek wspomnienia zawarł natomiast w książce "Dzieci rewolucji". Jest także autorem tomiku poezji "Gandża".

- Wydaje mi się, że w naszym kraju brakuje ludzi, z którymi można zwyczajnie pogadać. I taką niszę zapełnia być może taki kolo jak ja - przyznał w wywiadzie dla "Playboya". - Nie jestem chyba idiotą grającym rocka, nie interesuje mnie tylko walenie dup i chlanie wódy. Średnio wykształcony, podobno niegłupi, niemądry, czytający, ale nieoczytany - przeciętnie inteligentny facet, który mówi prosto z mostu. To niestety wynika z braku prawdziwych elit i autorytetów.

  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN
Ocena: 0 [0]
~Lubin-podnośnik60 [2018-01-25 00:59]

Jeśli potrzebujesz wydzierżawić dźwig koszowy, wysyłam odwiedzić stronę www:Wyszukujemy wprawionych pracobiorców

odpowiedz

Ocena: 0 [0]
~ZIBI [2010-04-04 02:36]

GICIO
JESTES ZAJEBISTY FACIO...

odpowiedz