szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
l1 l2 l3
banner
banner
banner
banner

podobni artyści

Zobacz więcej w serwisach WP

Książki

Książki

Pytamy.pl

Muzyka

Zakupy

Nokautporównaj ceny z nokaut

Pink Floyd

fot. EMI

Pink Floyd

  • Ocena ogólna:

    4.54/5
    [87 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 4872

    Ostatnio odwiedzany: 2012-05-23

Bez przesady można stwierdzić, że Pink Floyd to jeśli nie najważniejszy, to jeden z najważniejszych zespołów w historii rocka. Grupa przez czas swojego istnienia rozwijała się muzycznie. Twórczość Pink Floyd, początkowo klasyfikowana jako rock psychodeliczny, w późniejszych latach nabrała cech muzyki progresywnej.

Pink Floyd wielokrotnie przełamywało bariery. Wydany przez grupę w 1973 roku album "The Dark Side of The Moon" nie tylko okazał się jednym z najważniejszych albumów w historii muzyki, ale i ogromnym sukcesem. Amerykańskie zestawienia bestsellerów opuścił dopiero 14 lat po wydaniu - do dzisiaj sprzedano go na świecie ponad 40 milionów. Nagrany w 1979 roku krążek "The Wall" z miejsca został okrzyknięty najambitniejszym albumem koncepcyjnym wszech czasów. Pink Floyd to trzydzieści lat aktywnej działalności, trzech liderów i czternaście płyt, które na zawsze zmieniły oblicze muzyki.

Nick Mason (perkusja), Roger Waters (bas) i Richard Wright (instrumenty klawiszowe) poznali się w pierwszej połowie lat 60., na London's Regent Street Polytechnic School, gdzie byli studentami architektury. Ponieważ wszyscy dzielili także wspólną pasję, jaką była muzyka, szybko pojawił się pomysł założenia zespołu. Początkowo, jak wiele startujących kapel koncentrowali się na wykonywaniu coverów przede wszystkich ulubionych artystów rhythm'n'bluesowych. Nazwa grupy w kolejnych miesiącach ulegała ciągłym zmianom - raz brzmiała Sigma 6, drugi Screaming Abdabs (zdarzały się też zmiany składu). W 1964 roku do kapeli dołączył gitarzysta i wokalista Syd Barrett, ówcześnie student Camberwell College of Art, prywatnie kumpel Watersa jeszcze z czasów szkolnych. To właśnie jemu przypisywane jest wymyślenie szyldu Pink Floyd (początkowo brzmiał Pink Floyd Sound), które powstało z połączenia nazwisk dwóch amerykańskich bluesmanów - Pinka Andersona i Floyda Councila. Niemniej Barrett w udzielonym kilka lat później wywiadzie, wyznał, że nie jest do końca pewny, czy to on jest pomysłodawcą.

Jak było naprawdę, pewnie się już nie dowiemy, wiadomo jednak, że Barrett odcisnął wyraźne piętno na wczesnym wcieleniu grupy. Przede wszystkim zaczął pisać dla zespołu własne kompozycje (spod jego pióra wychodziło większość materiału), które zastąpiły covery. W jego muzyce można było dostrzec fascynację raczkującym psychodelicznym rockiem (który zresztą sam później zredefiniował), ale także bluesem, nagraniami Beatlesów czy Bo Diddleya. Ważnym elementem były też improwizacje, dzięki którym ich utwory często rozrastały się do kilkunastominutowych form, ograniczanych tylko wyobraźnią muzyków. Nietypowemu brzmieniu, towarzyszyła na koncertach także odpowiednia oprawa audio-wizualna, artyści wykorzystywali pokazy slajdów, dużą uwagę przykładali także do świateł. Dzięki tym elementom szybko stali się atrakcją londyńskiego podziemia, a na występy w klubach typu UFO, Marquee czy Roundhouse, waliły tłumy. - Sądzimy, że w przyszłości grupy będą musiały mieć o wiele więcej do zaoferowania publiczności, niż tylko zwykły popowy koncercik - opowiadał Barrett magazynowi "Melody Maker". - Aby ją zainteresować, trzeba będzie robić coś na kształt przedstawień teatralnych.

W sierpniu 1967 roku na sklepowe półki powędrował debiutancki album "The Piper at the Gates of Dawn" z tytułem zaczerpniętym z baśni Kennetha Grahama "Wind in the Willows" (w Polsce ukazała się pod tytułem "O czym szumią wierzby"). Krążek okazał się dużym sukcesem (w Wielkiej Brytanii dotarł do 6. miejsca listy sprzedaży) i dzisiaj uchodzi za jedno ze szczytowych osiągnięć rocka psychodelicznego. Nie wszystko szło jednak jak na leży, bo mniej więcej w tym samym czasie zaczęły pojawiać się problemy ze zdrowiem psychicznym Syda. Po części przyczyniło się do tego jego rosnące uzależnienie od narkotyków, w tym przede wszystkim od LSD. Zachowanie lidera stało się totalnie nieprzewidywalne i nie raz utrudniało funkcjonowanie zespołowi. Warto przytoczyć historię związaną z koncertem grupy w londyńskim Alexandra Palace, przed którym lider popadł w odrętwienie. Choć zespołowi udało się wyciągnąć go na scenę, z frontmanem nie było żadnego kontaktu - w efekcie występ został odwołany. Podczas innego koncertu, muzyk nałożył sobie na głowę żel, który pod wpływem ciepła rozpuścił się, przez co jego twarz sprawiała wrażenie topiącej się. Czasami Syd w ogóle odmawiał grania, a jedyne co robił, to stał nieruchomo bądź uderzał rękoma w przypadkowe struny gitary. Były to początki choroby psychicznej (choć najczęściej mówi się o schizofrenii, nie zostało to nigdy potwierdzone), z której w tamtym czasie nikt nie zdawał sobie jeszcze sprawy - Byliśmy zbyt niedoświadczeni życiowo, by dostrzec w jak złym stanie jest Syd - opowiadał Mason w rozmowie z miesięcznikiem "Teraz Rock". - Myśleliśmy nawet, że świadomie nam dokucza, że wypina się na zespół, że z premedytacją rzuca nam kłody pod nogi. Zdarzało nam się traktować go źle. Ale my po prostu nie wiedzieliśmy, jak się wobec niego zachować. Zespół postanowił zaangażować gitarzystę Davida Gilmoura (notabene kolegę Barretta) i choć nie było w planach wyrzucania Syda, pewnego razu, gdy kapela udawała się na koncert, po prostu nie pojechała po wokalistę.

W 1968 roku Barrett nie był już członkiem zespołu, jednak na drugim albumie wykorzystano kilka utworów nagranych jeszcze z nim, w tym jeden jego autorstwa ("Jugband Blues"). Krążek ukazał się w czerwcu 1968 roku i zatytułowany był "A Saucerful of Secrets". Choć do tej pory to Syd był główną siłą napędową, formacji udało się bez jego wkładu stworzyć muzykę dorównującą debiutanckiemu longplayowi. - Dopóki nie odszedł nie mogliśmy się rozwijać - wyznał David. - Musieliśmy zacząć wszystko od nowa. Drugi longplay był dla nas powrotem na właściwe tory. Zawartą na nim niespełna 12-minutową kompozycję tytułową, z perspektywy czasu można uznać za pierwszą oznakę krystalizowania się przyszłego stylu zespołu. Pomimo sporego uznania, jakim cieszyła się grupa Pink Floyd, nie przekładało się to na poziom zamożności jego członków. Dlatego, aby dorobić, w 1969 roku muzycy zaangażowali się w stworzenie ścieżki dźwiękowej do filmu "More", którego reżyserem był Barbet Schroeder. - Pamiętam, że kiedy dołączyłem do zespołu, nie mogliśmy się wygrzebać z długów - opowiadał Gilmour dziennikarzowi "Melody Makera". - Po pewnym czasie sytuacja się poprawiła i mogliśmy sobie wypłacać po 30 funtów tygodniowo. Pierwszy raz zarabialiśmy więcej niż techniczni. Choć muzycy traktowali płytę z soundtrackiem (ukazała się w tym samym roku pod tytułem "More") jako poboczny projekt, a nie pełnoprawne dzieło Pink Floyd, okazała się ona sporym sukcesem. Na brytyjskich zestawieniach dotarła do 9. pozycji.

Prawdziwy przełom nastąpił jednak wraz z wydaniem w 1970 roku piątego krążka "Atom Heart Mother" (po drodze ukazał się studyjno-koncertowy zestaw "Ummagumma"), dzięki któremu grupa awansowała do roli gwiazdy rocka. Całą pierwszą stronę longplaya zajęła tytułowa instrumentalna suita, którą można uznać za pierwsze poważniejsze dokonanie Pink Floyd (będąca także po części dziełem jej producenta, Rona Gessina). Nie wszystkim przypadła ona jednak do gustu, łącznie z samymi muzykami - David Gilmour określił ją nawet kiedyś mianem sterty śmieci. Równie krytyczny był Waters, który wyznał, że utwór powinien zostać wyrzucony do śmietnika, aby nikt więcej go nie słuchał. Pomijając różne opinie, nie sposób nie zauważyć, że dla grupy był to punkt zwrotny. Psychodeliczne czasy zapoczątkowane przez Barretta minęły bezpowrotnie, a kapela zaczęła tworzyć rozbudowane i przemyślane w każdym aspekcie kompozycje. Zmiana w myśleniu była jeszcze bardziej dostrzegalna na kolejnym albumie, "Meddle" (ukazał się w 1971 roku), na którym znalazła się następna większa forma muzyczna pod tytułem "Echoes". - To krążek, na którym wszyscy się odnaleźliśmy, a Pink Floyd stało się zespołem na miarę naszych oczekiwań - powiedział gitarzysta.

W 1973 roku ukazał się najważniejszy album w dyskografii bandu, "The Dark Side of the Moon". Nie tylko stał się on ogromnym przebojem na świecie, ale też odniósł niebywały sukces artystyczny - do dzisiaj powszechnie uchodzi za jedno z najlepszych dokonań w historii muzyki. Dzieło nawet po wielu latach robi ogromne wrażenie. Wykorzystano w nim wiele nowatorskich pomysłów, wymieniając tylko naszpikowanie licznymi muzycznymi samplami, m.in. odgłosami bicia serca, rozbijającego się samolotu czy tykaniem zegarów. Dzieło poruszało także niezwykle dojrzałymi tekstami (napisanymi przez Watersa), w których pojawiły się tematy ludzkiej śmiertelności, szaleństwa czy konfliktów międzyludzkich. - Kiedy krążek został ukończony, wszyscy sądziliśmy, że to jest najlepsza rzecz jaką kiedykolwiek stworzyliśmy - wspominał Mason. - Nikt z nas nie myślał kategoriami, że jest to pięć razy lepsze od "Meddle" czy osiem razy od "Atom Heart Mother".

Podczas prac nad kolejnym dziełem Pink Floyd "Wish You Were Here" (1975), atmosfera w grupie uległa wyraźnemu ochłodzeniu. To wtedy zaczął narastać konflikt pomiędzy Watersem a resztą zespołu. - Robił wszystko tak, aby być centralną postacią w zespole, tego pragnął najbardziej - opowiadał Gilmour magazynowi "Rolling Stone". - Reszta nie uważała, że jest to najlepsze rozwiązanie. Poza tym, po wydaniu "The Dark Side of the Moon" artyści czuli się zwyczajnie wypompowani z pomysłów i znudzeni graniem. Sam basista wyznał po latach, że wewnątrz kapeli panowało przekonanie, że w dziedzinie muzyki osiągnęli już wszystko, co możliwe. Pomimo niesprzyjających okoliczności, zespołowi udało się stworzyć kolejne wielkie dzieło. W trakcie sesji nagraniowych doszło do niespodziewanej wizyty Barretta. Były frontman Pink Floyd zmienił się na tyle (przybrał na wadze, miał ogolone włosy, łącznie z brwiami), że członkowie początkowo nie poznali kolegi. Według relacji Storma Thorgersona (twórcy okładek zespołu) Syd wdał się z kilkoma osobami w dyskusję, jednak tak naprawdę nie miał żadnego kontaktu z rzeczywistością i był zwyczajnie nieobecny. Roger dał mu posłuchać fragmentów nowego materiału Floydów i poprosił o komentarz - w odpowiedzi usłyszał jedynie, że brzmi trochę staroświecko. Następnie opuścił studio - był to ostatni raz kiedy spotkał się z kimkolwiek z zespołu. Część tekstów dostarczonych przez Watersa pośrednio odnosiła się do byłego lidera Pink Floyd (kompozycja tytułowa czy "Shine On You Crazy Diamond"), co jednak - jak zapewniał autor - było przypadkowe. - Mimo powszechnej opinii, "Shine On", nie dotyczy konkretnie Syda - tłumaczył Waters. - On jest użyty tylko jako symbol pewnego ekstremum ludzkiej nieobecności.

Konflikt, jaki pojawił się wewnątrz grupy na etapie "Wish You Were Here", z kolejnymi latami jeszcze bardziej nasilił się. Waters wprowadził niemal dyktaturę, a rola pozostałych członków zespołu została zmarginalizowana. - Roger wyraźnie się zmieniał, naprawdę uwierzył, że to on jest liderem zespołu - opowiadał Rick magazynowi "Mojo". - Był święcie przekonany, że tylko dzięki niemu kapela dalej funkcjonuje. Dziesiąty studyjny album grupy, "Animals" (który można uznać za floydowską wersję "Folwarku zwierzęcego"), był prawie wyłącznie dziełem basisty. Jedyny istotniejszy wkład miał Gilmour, który napisał do spółki z Rogerem utwór "Dogs" oraz zaśpiewał jego pierwsze cztery zwrotki (po raz pierwszy na płycie zespołu nie znalazła się żadna kompozycja Wrighta). Aby dopomóc promocji dzieła, grupa udała się po raz pierwszy w trasę obejmującą stadiony piłkarskie. Podczas jednego z koncertów Waters zauważył grupę fanów pod sceną - zachowanie jednego z nich na tyle zirytowało lidera, iż napluł mu w twarz. Wydarzenie uświadomiło basiście, że pomiędzy nimi a publicznością powstała niewidzialna ściana. Szybko zdał sobie sprawę, że ten swoisty mur można przenieść na inne grunty relacji międzyludzkich. Tak też narodziła się główna idea projektu ochrzczonego nazwą "The Wall".

Płyta, która ukazała się pod koniec 1979 roku, szybko zyskała miano najambitniejszego albumu koncepcyjnego w historii rocka. Podwójne dzieło było swoistym studium alienacji ludzkiej (głównym bohaterem był Pink, w wielu aspektach wzorowany na doświadczeniach życiowych Watersa), w którym niepowodzenia bądź traumy były przedstawione jako kolejne cegły w murze separującym od problemów codziennej egzystencji. Krążek okazał się jeszcze większym sukcesem komercyjnym od "The Dark Side of The Moon", w samych tylko Stanach Zjednoczonych rozeszło się ponad 23 miliony kopii. Ogromnym powodzeniem cieszyła się też wydana na singlu kompozycja "Another Brick in the Wall Part 2", która stała się największym przebojem w karierze grupy. W 1982 roku historia opowiedziana na płycie została przeniesiona przez Alana Parkera na duży ekran. Film został zatytułowany "Pink Floyd: The Wall", a główną rolę zagrał w niej Bob Geldof, frontman The Boomtown Rats.

Choć "The Wall" firmowane było nazwą Pink Floyd, dla nikogo nie było tajemnicą, że jest to dziecko basisty i równie dobrze mógłby je wydać pod swoim nazwiskiem. Poza Gilmourem (który został współproducentem i dorzucił swoje trzy grosze do trzech kompozycji) wkład reszty był niemal niezauważalny. Mason i Wright nie zagrali nawet we wszystkich utworach. - Już od sesji "Animals" Roger zaczął odrzucać wszystkie moje pomysły - żalił się klawiszowiec. - Po części była to jednak też moja wina, widzę to teraz, bo w rzeczywistości nie przychodziłem z niczym wartościowym. Często byłem też zbyt leniwy, aby coś pisać. Domyślam się, że doszedł do wniosku, że nie ma żadnego powodu, dla którego miałbym dalej być w zespole. I tak w trakcie sesji do "The Wall" został po prostu wyrzucony ze składu przez Watersa. Miał na tyle dosyć Ricka, że zagroził nawet, że wstrzyma wydanie "The Wall" jeśli on nie odejdzie. Ostatecznie Wright wziął jeszcze udział w trasie koncertowej towarzyszącej wydaniu dzieła, jednak był już opłacany tylko jako muzyk sesyjny. - Myślę, że Dave i Nick czuli się okropnie z powodu całej tej sytuacji - opowiadał klawiszowiec. - Jednak byliśmy wtedy w nieciekawej sytuacji finansowej, którą mogło uratować właśnie wydanie płyty, mieli więc związane ręce. Powiedziałem zatem: "OK, odchodzę". W tym momencie stało się jasne, że zespół stał się już tylko wykonawcą pomysłów despotycznego lidera. Kiedy w 1983 roku kapela wydała kolejny longplay "The Final Cut", Roger, aby nie pozostawić złudzeń, kto rządzi w zespole, nadał mu podtytuł "A Requiem for The Post War Dream by Roger Waters - Performed by Pink Floyd". Po pewnym czasie zdał sobie jednak sprawę, że koledzy przestali być mu w ogóle przydatni i jedynie go ograniczają. - Wpływ Davida w powstanie "The Wall" był znaczący, ale nie potrzebowałem więcej jego ingerencji - opowiadał Waters w rozmowie z gazetą "USA Today". - Jeśli maluje powiedzmy słoneczniki, nie chcę żeby ktoś mi wisiał nad głową i mówił, że nie są wystarczająco żółte. Wiem, czego chcę. Ostatecznie, w 1985 roku basista postanowił odejść z grupy i zaangażować się na pełny etat w działalność solową (jego pierwszy autorski krążek "The Pros and Cons of Hitch Hiking" ukazał się rok wcześniej).

Zarówno Mason, jak i Gilmour nie chcieli jednak rezygnować z zespołu, który tworzyli razem od blisko 20 lat. Basista oczywiście nie wyobrażał sobie, aby grupa bez niego występowała pod nazwą Pink Floyd (w jednym z wywiadów stwierdził nawet arogancko "Pink Floyd to ja"), a także wykonywała jej materiał na koncertach. Sprawa trafiła zatem do sądu i ciągnęła się przez wiele kolejnych miesięcy. - Spędziłem dużą część mojego życia w budowanie marki Pink Floyd - tłumaczył Gilmour. - Nie jest miłe ciąganie się po sądach, ale byłbym naprawdę wkurzony, gdybym został odsunięty. Jestem bardzo upartą osobą i nie chcę pozwolić, aby pozbawiono mnie czegoś, co jest po części moje. Rozpoczęła się też medialna wojna na słowa. Waters określił kolegów mianem leniwych, chciwych drani, którzy nie robią nic i czekają na wielomilionowe profity. Pozostali członkowie nazwali basistę dyktatorem, arogantem i egomaniakiem rządnym spijania całej śmietanki. W wyniku rozprawy, Mason z Gilmourem uzyskali prawo do nagrywania i występowania pod legendarnym już szyldem. Wiele lat później basista przyznał, że nie jest zbyt dumny z tego, w jaki sposób rozstał się z kolegami. - To był bardzo zły i negatywny czas - zdradził Agence France-Press. - I żałuję tego mojego negatywnego wkładu. Dlaczego powinienem narzucać swoje odczucia i co one były warte, jeśli inni nie czuli podobnie? Byłem w błędzie, próbując robić to w ten sposób.

W październiku 1986 roku Gilmour i Mason zamknęli się w studiu, gdzie rozpoczęli pracę nad materiałem na pierwszy postwatersowski album. Ponieważ na kompozytorski wkład Masona nie należało zbytnio liczyć (przez cały okres działalności zespołu napisał tylko jedną piosenkę), zaproszono cały sztab ludzi, m.in. Boba Ezrina czy Anthony'ego Moore'a. W efekcie powstała muzyka, którą można bardziej określić mianem solowego projektu gitarzysty, niż płyty Pink Floyd. Na potrzeby sesji ściągnięto także ponownie Wrighta, jednak zatrudniono go na prawach muzyka sesyjnego. Oficjalnymi członkami formacji byli jedynie Nick i David, gdyż to oni finansowali całe przedsięwzięcie (łącznie z trasą koncertową) i ponosili związane z nim ryzyko. Krążek został zatytułowany "A Momentary Lapse of Reason" i ukazał się we wrześniu 1987 roku. Obawy, czy fani zaakceptują nowe wcielenie kapeli, okazały się bezpodstawne. Longplay stał się sporym sukcesem na świecie (przyniósł także zespołowi kolejny przebój w postaci "Learning To Fly"), podobnie jak promujące go tournée. Oczywiście, były lider Pink Floyd nie powstrzymał się od komentarzy na temat nowego dokonania grupy, które określił mianem fałszerstwa, a teksty napisane przez Gilmoura za trzecioligowe.

Z wydaniem kolejnego albumu, muzycy nie spieszyli się. Za nagrania zabrali się dopiero w 1993 roku. Tym razem do składu powrócił Rick, miał on też spory udział w komponowaniu piosenek na płytę. Longplay trafił do sklepów w 1994 roku pod tytułem "The Divison Bell" i w dużo większym stopniu przypominał klasyczne dokonania Floydów niż poprzedni. - Słychać, że stworzyła go kapela, która grała ze sobą w jednym pomieszczeniu - komentował Mason w autobiografii "Pink Floyd moje wspomnienia". - Sądzę, że Rick czuł się też bardziej doceniony i jego wkład był istotniejszy, niż w przypadku "Momentary Lapse". Było bardzo fajnie mieć go ponownie. Podczas koncertów promocyjnych, grupa poza kolekcją najważniejszych utworów, wykonała w całości po raz pierwszy od lat longplay "The Dark Side Of The Moon". Trasa została w 1995 roku udokumentowana podwójnym albumem live, pod tytułem "Pulse".

Po zakończeniu trasy "The Divison Bell" wszystko wskazywało na to, iż działalność Pink Floyd dobiegła końca. David wielokrotnie powtarzał, że jest zwyczajnie za stary i nie ma już ochoty na zabawę w muzykę. - Nie mówię, że Pink Floyd to totalnie zamknięty rozdział, ale może się tak okazać - powiedział w 2001 roku, w wywiadzie towarzyszącym promocji składanki "Echoes: The Best of Pink Floyd". Ku uciesze fanów, przyszłość dopisała jeszcze epilog do historii zespołu. W lipcu 2005 roku grupa wystąpiła w składzie Gilmour, Wright, Mason oraz Waters w londyńskim Hyde Parku w ramach charytatywnych koncertów Live 8. Przedsięwzięcie powiązano z akcją charytatywną Make Poverty History, której celem była walka z ubóstwem na świecie. - Jak większość ludzi chcę zrobić wszystko, aby zmusić przedstawicieli najbogatszych państw, aby poczynili kroki w celu pomocy krajom Trzeciego Świata. - wyjaśnił David Gilmour w specjalnym oświadczeniu. - Jakiekolwiek przeszłe zatargi, które miały miejsce między zespołem i Rogerem są żałosne w porównaniu z celem akcji. Jeśli reaktywacja zespołu Pink Floyd zwróci uwagę na prawdziwe problemy będziemy szczęśliwi. Występ okazał się jednorazowy. Mimo ogromnych sum, jakie proponowano członkom kapeli (mówiło się nawet o 250 milionach dolarów), nie zgodzili się na pełną trasę. Gilmour zajął się następnie solowym krążkiem "On an Island " (trzeci w dorobku, poprzednie ukazały się w 1978 i 1984 roku), natomiast Waters powrócił do prac nad operą "Ça Ira". Następnie w maju 2007 roku grupa i Roger (oddzielnie) pojawiła się na koncercie będącym hołdem dla zmarłego w 2006 roku Syda Barretta (w wyniku komplikacji z cukrzycą na którą chorował od lat). Rok później, gitarzysta w rozmowie z BBC powiedział, że zespół nie jest całkowicie przeciwny idei powrotu. - Zrobiliśmy to raz i mi by to wystarczyło - ale zobaczymy - wyznał. We wrześniu 2008 roku, w wieku 65 lat, na raka zmarł Wright co przekreśliło możliwość reaktywacji w klasycznym składzie.

W lipcu 2010 roku Waters z Gilmourem jeszcze raz połączyli siły. Podczas charytatywnego koncertu, który odbył się w Oxfordshire wykonali wspólnie 4 utwory. David zapowiedział następnie, że wspomoże Rogera podczas jednego z jego solowych koncertów, na których prezentować będzie w całości album "The Wall". Mniej więcej w tym samym czasie, Nick Mason powiedział, że istnieje możliwość, iż grupa zejdzie się jeszcze w przyszłości, w celu kolejnych koncertów charytatywnych. - Byłoby całkiem nieźle odejść w taki sposób na emeryturę - wyjaśniał. - Najlepszym rozwiązaniem byłoby mieć serię takich występów i założyć w tym celu fundację.

Opinie

Ocena: +1 [3]
wercyngetoryks1965 [2012-02-09 21:35]

Najwspanialszy zespół w historii muzyki rockowej,a płyta,którą uważam za fenomen to Wish You Were Here

odpowiedz

pokaż 1 ukrytą odpowiedź