szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
banner
banner
banner
banner

A-ha

fot. Universal Music

A-ha

  • Ocena ogólna:

    4.25/5
    [69 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 24235

    Ostatnio odwiedzany: 2019-11-14

A-ha to najbardziej znany zespół z Norwegii, w którego twórczości mieszają się elementy synth popu, rocka i popu. Zespół ma na koncie przeboje "Take on Me", "The Living Daylights", "Crying in the Rain", czy"Lifelines". W trakcie 30 lat działalności dorobił się 9 albumów studyjnych, które znalazły na świecie ponad 35 milionów nabywców.

Choć za oficjalny początek działalności formacji należy przyjąć rok 1982, aby lepiej przybliżyć jej genezę należy cofnąć się o kilkanaście miesięcy. Mieszkający w Oslo gitarzysta Paul Waaktaar-Savoy i klawiszowiec Magne Furuholmen oraz dwaj inni muzycy, których imiona i nazwiska z punktu widzenia historii a-ha nie mają znaczenia, zaczynali właśnie karierę w zespole o nazwie Bridges. Było to całkiem poważne przedsięwzięcie, bo w 1981 roku kapeli udało się nawet zrealizować debiutancki longplay, "Fakkeltog". Krążek spotkał się jednak z nikłym zainteresowaniem, dlatego niewiele po jego premierze Bridges przestało istnieć.

Niepowodzenie zespołu nie zniechęciło jednak Furuholmena i Savoya, bo tuż po jego rozpadzie zaczęli rozmyślać o kolejnym projekcie. W tym celu zgłosili się do wokalisty Mortena Harketa, który w tamtym czasie udzielał się w formacji Souldier Blue. Harket początkowo nie był zainteresowany, gdyż jak sam później przyznał, zbyt dobrze czuł się w Souldier Blue. Z czasem jednak zaczął dostrzegać, że kapela stoi w miejscu, dlatego ostatecznie postanowił skorzystać z propozycji, jaką złożyli mu instrumentaliści.

Choć wiele lat później - zapytany, jak w jednym zdaniu określiłby zespół - Paul powiedział, iż są to trzej solowi artyści, wszyscy mieli kilka cech wspólnych. Przede wszystkim - byli wielkimi fanami The Doors i The Beatles. Po drugie - każdemu z nich marzyła się międzynarodowa kariera. Panowie zdawali sobie sprawę z ograniczeń wynikających z miejsca zamieszkania, dlatego podjęli decyzję o przeprowadzce do Londynu (do której doszło w styczniu 1983 roku). Oczywiście, dla fanów dosyć tradycyjnie rozumianego rocka przeprowadzka na Wyspy, gdzie w tamtym czasie coraz bardziej popularna stawała się muzyka nowofalowa, musiało oznaczać to szok kulturowy. - To była dla nas poważna zmiana - opowiadał Furuholmen serwisowi Scotsman.com. - Przyjechaliśmy z Norwegii i byliśmy przekonani, że muzyka skończyła się na longplayu "Imagine" Johna Lennona. Musieliśmy otworzyć się na zupełnie nowe wpływy. Panowie nie mieli jednak z tym większych problemów.

Mniej więcej w tym czasie pojawiła się nazwa a-ha, którą początkowo Paul chciał wykorzystać jako tytuł jednej z piosenek (wahał się jeszcze między a-hem). Szyld nie miał głębszego znaczenia, muzykom po prostu podobało się jego brzmienie. Dopiero kiedy artyści zadecydowali się go wykorzystać, zaczęli wertować najróżniejsze słowniku w celu odnalezienia jego znaczenia - i tak odkryli, że jest to międzynarodowy zwrot, którym posługują się ludzie w celu przytaknięcia bądź wyrażenia uznania.

W nowym miejscu muzycy poradzili sobie całkiem nieźle. Nie tylko udało się im dorobić nie jednego, a dwóch menedżerów w osobach Johna Ratcliffa i Terry'ego Slatera (pierwszy miał zajmować się muzycznymi aspektami, drugi - biznesowymi), ale także załatwić kontrakt z Warner Bros. Nie wszystko poszło jednak tak gładko, bo zrealizowany w 1984 roku debiutancki singel "Take on Me" (piosenka powstała jeszcze w czasach, gdy muzycy mieszkali w Norwegii, figurowała wtedy pod nazwą "The Juicy Fruit Song"), okazał się początkowo totalną klapą. Nie pomogło nawet ponowne zarejestrowanie piosenki z pomocą producenta Alana Tarneya - obydwa wydania nie przedostały się w Wielkiej Brytanii do zestawień. Wytwórnia musiała jednak bardzo wierzyć w komercyjny potencjał drzemiący zarówno w Norwegach, jak i piosence, bo postanowiła po raz trzeci opublikować ją na singlu (wrzesień 1985 roku). Tym razem zaskoczyło - bo utwór powędrował na szczyt amerykańskich zestawień (był to pierwszy raz, kiedy takiego zaszczytu dostąpiła kapela z Norwegii), oczko niżej uplasował się na Wyspach. W popularyzacji kawałka kluczową rolę odegrał na nowo nakręcony wideoklip (uzupełniony m.in. stylizowanymi na ołówkowy szkic animacjami), który z perspektywy czasu można uznać za jeden z najbardziej popularnych teledysków, jakie kiedykolwiek nakręcono. - Gdy odniesie się tego typu sukces, można żałować jedynie tego, że nie będzie się w stanie nikomu później udowodnić, że poradzilibyśmy sobie bez niego - opowiadał po latach Morten w telewizyjnym programie "Number One!". - Bardzo żałuje, że nie zaczęliśmy w czasach, kiedy wideoklipy nie były aż tak istotne. Niestety, zaczęły one odgrywać dużą rolę dokładnie w tym samym momencie, kiedy my zaczęliśmy.

Popularność singla wpłynęła także na sprzedaż wydanego kilka miesięcy wcześniej debiutanckiego albumu "Hunting High and Low". Ten wypełniony mieszanką synth popu, popu, rocka i muzyki nowofalowej krążek do dzisiaj znalazł na świecie ponad dziesięć milionów nabywców i uczynił z członków a-ha gwiazdy światowego formatu. Nie było to jednak to, o czym dokładnie marzyli artyści. - Z czasem stało się to dla mnie po prostu kłopotliwe - opowiadał Furuholmen na łamach "Yorkshire Post". - Wraz ze sławą przychodzi również status bycia chłopakiem z plakatu. A tej strony sukcesu nigdy nie pragnęliśmy, nie odczuwaliśmy też z niej satysfakcji. Z tego samego powodu, grupa często była kojarzona jako ta, która tworzy muzykę, dla mniej wymagającego słuchacza, co było szczególnie krzywdzące dla traktujących bardzo poważnie swoje zadanie członków formacji. - Przez wiele lat nie doceniałem tej kapeli do końca - odniósł się do tematu Adam Clayton z U2 podczas wywiadu z norweskim serwisem Dagbladet.no. - Powszechne było to, że patrzono na nich jako kapelę dla nastoletnich dziewczynek, ale tak naprawdę, to są niezwykle kreatywni ludzie.

Jako rodzaj odreagowania na medialny szum można traktować wydany w październiku 1986 roku longplay "Scoundrel Days", na którym kapela, jakby na złość, zaprezentowała się od bardziej rockowej strony. Popularnością dzieło nie dorównało poprzednikowi, niemniej nadal sprzedawało się na rewelacyjnym poziomie (rozeszło się ponad 6,5 miliona egzemplarzy). W 1988 roku muzycy posiadali już tak dużą renomę w show-biznesie, że poproszono ich o skomponowanie piosenki tytułowej do kolejnego filmu o przygodach Jamesa Bonda "The Living Daylights" (w Polsce wyświetlanym pod tytułem "W obliczu śmierci"). Warto zaznaczyć, że był to jeden z niewielu przypadków w historii filmowej serii, kiedy za stworzenie kawałka bądź jego wykonanie odpowiedzialny był artysta spoza Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Piosenka została napisana w 1987 roku przez Paula oraz Johna Barry'ego, wieloletniego kompozytora motywów bondowskich, obie strony nie dogadywały się jednak najlepiej. Z tego powodu powstały dwie różne wersje piosenki - pierwsza przerobiona przez Barry'ego trafiła do filmu oraz na ścieżkę muzyczną, druga powędrowała na trzeci longplay a-ha "Stay on These Roads" (ukazał się w 1988 roku). Pomimo początkowych niesmaków, muzycy po latach zdradzili, że byli pod sporym wrażeniem wkładu Barry'ego. - Naprawdę kocham to, co dodał do tego kawałka, przede wszystkim podobają mi się smyczkowe aranżacje - opowiadał Paul. - To dzięki nim, od razu kojarzy się on z filmami o Bondzie.

W 1990 roku formacja wróciła na szczyty list przebojów, tym razem za sprawą piosenki "Crying in the Rain" (będącej przeróbką utworu The Everly Brothers), który pilotował wydany w październiku krążek "East of the Sun, West of the Moon". W styczniu 1991 roku grupa wystąpiła na kilkudniowym festiwalu Rock in Rio, na którym jej koncert zgromadził dwieście tysięcy fanów. Następne lata nie były jednak już tak łaskawe dla zespołu. Mający premierę w czerwcu 1993 roku krążek "Memorial Beach" sprzedawał się na znacznie słabszym poziomie od poprzedników. Promujące go single również nie cieszyły się powodzeniem - jedynym utworem, który przebił się do zestawień poza Norwegią był "Dark Is the Night". W zespole również nie działo się najlepiej - nie chodzi bynajmniej o kłótnie, po dziesięciu latach grania i nieustannych tras, muzycy byli po prostu zmęczeni. Dlatego w 1994 roku postanowili na kilka lat zawiesić działalność i poświęcić się innym projektom. - Z czasem wszyscy trzej zaczęliśmy czuć się tym wszystkim trochę umęczeni - opowiadał Magne. - Ja mogę powiedzieć, że po tych wszystkich latach, miałem naprawdę po dziurki w nosie sławy. W pewnym momencie dochodzi się do punktu, w którym sukces zamiast dopełniać, całkowicie cię wypompowuje.

Przerwę każdy wykorzystał pracowicie. Pierwszy wystartował wokalista, który karierę solową zaczął jeszcze w 1993 roku, kiedy do sklepów trafił jego debiutancki album "Poetenes Evangelium" (kolejne dwa ukazały się w latach 1995 i 1996). Gitarzysta stanął na czele rockowej grupy Savoy (do końca lat 90. zrealizowała trzy albumy studyjne). Furuholmen natomiast w 1994 roku powołał do życia trzyosobowy projekt Timbersound, którego działalność opierała się przede wszystkim na tworzeniu ścieżek dźwiękowych do filmów (m.in. "Ti Kniver I Hjertet" czy "Hotel Oslo"). - Był to dla nas bardzo produktywny czas, któremu zawdzięczaliśmy później inne spojrzenie na muzykę - podsumował przerwę Paul w rozmowie z dziennikarzem magazynu "Teraz Rock".

Cała trójka zatęskniła za sobą dopiero pod koniec lat 90. W 1998 roku panowie wykonali razem dwa utwory podczas Nobel Peace Prize Concert. W tym samym roku zabrali się także za prace nad szóstym w dorobku dziełem zespołu. Gotowy krążek został zatytułowany "Minor Earth Major Sky" i powędrował na sklepowe półki w lipcu 2000 roku. Poziomem sprzedaży nawet nie otarł się o dokonania Norwegów z lat 80., nie można jednak było mówić o kompletnej porażce, bo przykładowo w Niemczech uzyskał status platyny. Następca "Minor Earth Major Sky", wydany w 2002 roku "Lifelines", nie spisał się lepiej (ciepło został jednak przyjęty w Polsce, gdzie przedostał się do Top 10), niemniej przyniósł zespołowi dwa przeboje w postaci utworu tytułowego i "Forever Not Yours".

W kolejnych latach formacja kontynuowała działalność - do 2009 roku jej dyskografia poszerzyła się o kolejne dwie pozycje: "Analogue" (2005) oraz "Foot of the Mountain" (2009). W przerwie pomiędzy longplayami każdy z panów zrealizował także autorskie krążki. 24 maja wszyscy trzej wystąpili wspólnie w londyńskiej Royal Albert Hall, gdzie poza kilkoma utworami z repertuaru a-ha, artyści osobno zaprezentowali też solowe piosenki. - To było wspaniałe doświadczenie - opowiadał Paul. - Każdy z nas ma na koncie wiele autorskich projektów, które miały duży wpływ na a-ha. Wiele tych solowych pomysłów potem przenikało do zespołu. Chcieliśmy też pokazać fanom, jak to działa, jaki to ma wpływ na naszą wspólną muzykę.

"Foot of the Mountain" było ostatnim longplayem w dyskografii Norwegów - w październiku 2009 roku muzycy poinformowali, że koncerty promujące dzieło będą ostatnimi w karierze tria. W oficjalnym oświadczeniu członkowie argumentowali decyzję chęcią skoncentrowania się na innych aspektach życia, m.in. działalności charytatywnej. - Kończymy jako zespół, nie jako osobni muzycy - tłumaczyli - Zmiany są zawsze trudne, ale nadszedł czas by ruszyć inną drogą. Pożegnalne koncerty grupy odbyły się w grudniu 2010 roku w stolicy Norwegii. Koncerty zostały udokumentowane albumem live pod tytułem "Ending on a High Note - The Final Concert", którego premiera odbyła się w kwietniu 2011 roku.

21 sierpnia 2011 roku muzycy wykonali utwór "Stay on These Roads" dla uczczenia pamięci ofiar z lipcowych zamachów z Oslo.

  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN
Ocena: +2 [4]
~V [2013-09-05 00:12]

A-ha, owszem, było najbardziej znanym norweskim zespołem do końca lat osiemdziesiątych. Od lat dziewięćdziesiątych Norwegia kojarzy się przede wszystkim z black - metalem. I całkiem prawdopodobne, że jeszcze długo tak zostanie. Choć przyznaję, A-ha był całkiem niezłym zespołem.

odpowiedz

Ocena: +5 [5]
~agentalpha [2009-07-11 19:40]

W tekście jest lekkie przekłamanie. Oprócz pierwszego albumu "Hunting High and Low" także dwa kolejne "Scoundrel days" (1986) i "Stay On These Roads" (1988) były bardzo dobrymi i popularnymi płytami z wieloma miedzynarodowymi hitami. Do tego udany "debiut filmowy" z soudtrackiem do filmu o przygodach z Jamesem Bondem "The Living Daylights" z 1987 r. Dopiero 4 album "East Of The Sun, West Of The Moon" (1990), który miał być dojrzałym wydawnictwem okazał się mniej popularny. Chłopaki zmienili styl na bardziej rockowy stąd spadek popularności. Choć z drugiej strony na plycie znalazly się takie przeboje jak: "Crying In The Rain" i "Early Morning". Do tego występ W Rio de Janeiro przed 195 tys. widownią (podobno to rekord świata, choć w 2000 r. na Inwazji Mocy w Szczecinie, na koncercie Alphaville bylo 250 tys. Nie była to jednak impreza biletowana, stąd moze brak reordu). Wracając do A-ha, to w 1991 wydali album "Headlines And Deadlines - The Best Of A-ha" z jednym nowym nagraniem "Move To Memphis", który także gościł wysoko na listach przebojów. Dopiero 5. studyjny album "Memorial Beach" (1993) spotkał sie z małym zaintereeowaniem. Osobiście jednak uważam ten album za bardzo ciekawe wydawnictwo. Powrót A-ha rzeczywiście w wielkim stylu. Album "Minor Earth, Major Sky" (2000) z hitem "Summer Moved On" - rewelacyjny. Kolejny "Lifelines" (2002) według mnie jeszcze lepszy. Single "Forever Not Yours" i tytułowe "Lifelines" to prawdziwe perełki, zarówno komercyjnie jak i gatunkowo. "Analogue" (2005) także zachwyca, choć może nieco mniej niż dwa poprzednie wydawnictwa. Najnowszy album "Foot Of The Mountains" (2009) to udany powrót w synthpopowe brzmienia.

odpowiedz

pokaż 2 ukryte odpowiedzi

Ocena: +2 [2]
kora40 [2009-07-24 03:27]

A-ha
stare dobre czasy,i m.innymi A-HA..

odpowiedz