szukaj w serwisie

Gorące tematy

gorące tematy
banner
banner
banner
banner

Leonard Cohen

fot. mat. prasowe

Leonard Cohen

  • Ocena ogólna:

    4.28/5
    [36 głosów]

    Oceń:


  • Liczba odwiedzin: 9350

    Ostatnio odwiedzany: 2019-05-20

Leonard Cohen to poeta, bard, kompozytor, człowiek o skromności tak niezwykłej, jak jego talent. Dostrzegający niesamowitą moc nie tylko muzyki, ale także i słowa, które według niego ukształtowało świat takim, jakim go znamy. Leonard Cohen od lat związany z buddyjskim klasztorem zen.


Artysta jest głęboko uduchowiony i wrażliwy na otaczający go świat, a przy tym niepozbawiony dystansu i poczucia humoru. Twierdzi, że jego płyty są tak przesadnie smutne, że powinny być dołączane do nich żyletki.

Leonard Norman Cohen urodził się 21 września 1934 roku w Montrealu, w Kanadzie, w żydowskiej rodzinie. Jego ojciec pochodził z Polski, mama wyemigrowała z Litwy. Dzieciństwo uważał za przyzwoite, choć nie wychowywał się w dostatku. Dodatkowo w wieku 9 lat musiał pogodzić się ze stratą ojca. W kilka tygodni po jego pogrzebie, młody Leonard wziął jeden z krawatów taty, usiadł przy swoim biurku i napisał na papierze kilka linijek tekstu. Następnie włożył papier w krawat i zakopał go w ogródku. Ten gest zdradził jego niezwykłą wrażliwość i potrzebę wyrażania uczuć poprzez słowo pisane.

W wieku lat 15 zaczął grać na gitarze, inspirowała go głównie muzyka folkowa. Nie minęło dużo czasu, a Leonard porzucił granie cudzych utworów na rzecz pisania własnych kompozycji. W wieku lat 19 założył zespół The Buckskin Boys. Występowało w nim jeszcze dwóch jego przyjaciół, cała trójka miała sztuczne kucyki i nosiła kurtki z koźlej skóry (odziedziczone po ojcu Leonarda).

- Zdałem sobie sprawę z tego, że mam talent do pisania piosenek - powiedział Leonard magazynowi "The Guardian". - Potrafiłem zadziwić siebie i zrobić dobre wrażenie na dziewczynach. Tego hormonalnego znaku nie można było zignorować.

Leonard nie przestawał pisać wierszy. Wydał tomik poezji poświęcony pamięci jego zmarłego ojca, potem wyjechał na studia do Nowego Jorku. Manhattan nie był miejscem, które mogło podbić jego serce, ale zrekompensował to sobie trzema romansami - z koleżanką ze studiów, opiekunką letniego obozu dla dzieci leżącego nieopodal jego domu i pielęgniarką z tego samego obozu. Mimo wszystko zaczął rozglądać się za bardziej ustronnym miejscem do życia i odnalazł grecką wysepkę Hydra, położoną na Morzu Egejskim. Wyspa stała się jego muzą. W tamtym okresie ukazały się kolejne wydania jego poezji "Flowers for Hitler", "The Favourite Game" i "Beautiful Losers".

- Szczerze powiedziawszy, nigdy nie myślałem o sobie jako o poecie - powiedział "The News Hour". - Zawsze uważałem, że poezja jest werdyktem innych ludzi, którzy postrzegają w ten sposób pewien rodzaj pisania. Nie jest rozsądne nazywać samego siebie poetą. To domena ludzi, którzy stoją z boku.

Po powrocie do Stanów Zjednoczonych Leonard postanowił ponownie związać się z muzyką. W 1967 roku wystąpił przed Judy Collins na koncercie przeciwko działaniom wojennym w Wietnamie. Kiedy wyszedł na scenę, jego gitara nie była nastrojona, a gardło odmówiło posłuszeństwa. Przerażony uciekł za kulisy. Na szczęście Collins i rozentuzjazmowana publiczność nakłoniła go do powrotu na scenę. Zagrał, zaśpiewał i ludzie go pokochali. Po występie podpisał kontrakt płytowy z Columbia Records. Rok później jego debiutancka płyta "Songs of Leonard Cohen" znalazła się na półkach sklepowych po obu stronach Atlantyku. Album nie odniósł wielkiego sukcesu komercyjnego, ale zrobił z artysty gwiazdę w Anglii. Płyta utrzymywała się na tamtejszej liście sprzedaży przez cały rok. Do dzisiaj Leonard wykonuje na koncertach wiele utworów z tego wydawnictwa, m.in. "Susanne" i "Sisters of Mercy".

W 1968 roku ukazała się druga płyta Cohena "Songs from a Room". Krążek odniósł większy sukces niż jego poprzednik i wylansowano z niego nieśmiertelny przebój "Bird on the Wire". Kolejny longplay "Songs of Love and Hate" nie pozostawił żadnych wątpliwości, że Leonard Cohen odciśnie piętno w historii muzyki. Płyta została uznana za jedno z najlepszych dzieł lat 70. W 1973 roku, w czasie trwającej wojny żydowsko-arabskiej, zaśpiewał na żywo przed izraelskimi oddziałami, podnosząc w ten sposób ich morale. Miał plan dołączenia do izraelskiej armii, ale dowódcy woleli, aby dostarczał żołnierzom rozrywki, zamiast walczyć u ich boku.

W latach 70. pogłębiały się stany depresyjne Leonarda, przez co artysta nie wydawał wielu płyt i rzadko pojawiał się na koncertach. Spokój odnajdował w buddyzmie, choć trzeba przyznać iż długie posty, którym się poddawał, nie wpłynęły pozytywnie na jego zdrowie. Pod koniec lat 70. był w stanie emocjonalnego i kreatywnego wyczerpania. Kolejna jego płyta powstała z pomocą ekscentrycznego producenta Phila Spectora (produkował m.in. album "Let It Be" The Beatles). Phil zdominował Leonarda studiu nagraniowym i mimo, iż była to dla niego traumatyczna sesja nagraniowa, nabrał do niej swoistego dystansu.

- To był okres, kiedy nie byłem w stanie poukładać sobie nawet spraw osobistych - powiedział na łamach "The Guardian". - To czasy wielkiego chaosu i cierpienia. Gdybym był w lepszym stanie fizycznym i psychicznym, mógłbym pokierować sesją na swój sposób. Mimo, że Phil zna karate, myślę, że dałbym mu radę.

Płyta "Death of a Ladie's Man" ukazała się w roku 1977 i zaskoczyła wszystkich fanów. Znany ze swojego minimalistycznego podejścia Cohen otoczony był "ścianą dźwięku" znamienną dla albumów Phila Spectora. Na powrót do dawnej formy trzeba było poczekać 8 lat. W 1985 roku ukazała się płyta "Various Positions", z kolejnym wielkim hitem "Hallelujah". Cohen zagrał wtedy serię koncertów w Polsce, którym towarzyszyła atmosfera politycznej sensacji. Jego powrót na scenę był bardzo udany. Artysta wyszedł na prostą dzięki buddyzmowi, który trzymał go z dala od wszelkiego typu używek. Wyostrzyło mu się również poczucie humoru. W tamtym okresie w Stanach wybuchł skandal, gdy wyszło na jaw, że tamtejsze rozgłośnie radiowe pobierają opłaty od wytwórni fonograficznych za granie piosenek ich artystów. Leonard wydawał wtedy singel "Ain't No Cure For Love". Rozbawiony skandalem wysłał amerykańskiemu oddziałowi jego wytwórni dwa dolary z nadzieją, że załatwi to sprawę promocji w radiu.

W 1991 roku odznaczono go Orderem Kanady przyznawanym przez tamtejszy rząd. Rok później wydał jedno ze swoich najwybitniejszych dzieł "The Future", które sprzedawało się znakomicie, a niemalże każdy utwór tam zawarty został wykorzystany w hollywoodzkich produkcjach filmowych, m.in. w obrazie "Urodzeni Mordercy". W 1996 roku światem wstrząsnęła informacja o wstąpieniu Leonarda Cohena do klasztoru zen na górze Mount Baldy, pod Los Angeles. Artysta pozostał w nim przez trzy lata. Jako buddyjski mnich przyjął imię Jikan (czyli "osoba cicha, spokojna").

Po wyjściu z klasztoru, w wieku 67 lat, nagrał swoją kolejną płytę "Ten New Songs". Na longplayu znalazł się utwór "In My Secret Life", który stał się wielkim hitem również w Polsce. Artysta mimo swojego wieku nadal koncertuje, wydaje płyty i tomiki z poezją.

- Życie to dobrze napisana sztuka z wyjątkiem trzeciego aktu - powiedział "The Guardian" cytując słowa Tennessee Williamsa. - Możliwe, że jestem już w trzecim akcie tej sztuki, gdzie posiadasz przywilej wiedzy i doświadczenia z dwóch poprzednich aktów. Nikt jednak nie zna jej zakończenia.

W 2008 roku ruszył w wielką trasę koncertową, której owocem jest kompilacja "Live In London". Podczas koncertów artystę zobaczyło w sumie ponad 700 tysięcy osób. Nie brakowało wśród nich polskiej widowni, która mogła podziwiać Leonarda na trzygodzinnym koncercie na warszawskim Torwarze.

  • Skomentuj
  • WP
  • FB

Korzystanie z komentarzy FB oznacza akceptację regulaminu

REGULAMIN

Ten materiał nie ma jeszcze żadnej opinii. Twoja może być pierwsza!